środa, 1 czerwca 2016

Dzień Dziecka

Choć piszę nieregularnie to staram się zawsze napisać coś z okazji Dnia Kobiet i Dnia Dziecka. jak zapewne wiecie pierwszy z tych ważnych dla mnie dni obchodzę nie jako drugie walentynki, ale jako dzień zadumy i wdzięczności, ot jak niektórzy patriotyczne święta.
Dzień Dziecka też był zawsze ważny, do dziś jestem przecież dzieckiem swoich rodziców i oni starają się mi pokazać, że jestem dla nich ważna, ale od 8,5 roku obchodzę ten dzień nie tylko jako córka, ale również matka swojej córki.

Mała Kasia imię ma po mnie. Kiedy ktoś pyta mnie czemu, odpowiadam w zależności od nastroju: "bo po tacie ma nazwisko", "bo to piękne imię", "bo imię ma się kojarzyć z kimś wyjątkowym, a ja tak siebie traktuję", "nikt nie pyta kiedy synowi nadaje się imię po ojcu".
Po mnie ma też niebieskie oczy, świetnie wyrobione stawy biodrowe, toteż pozycja pełnego lotosu nie jest nam straszna, miłość do książek, gdyż podobnie jak ja czyta nałogowo  i ostre poczucie humoru (jesteśmy rodzinną lożą szyderców). Z wyglądu podobna jest do P, po nim ma też "zdolności" ortograficzne niestety i mam nadzieję sprawność fizyczną.

Nie patrzę na nią przez różowe okulary, widzę jej wady i słabości a widać jak na dłoni, że sa one zwyczajnie efektem moich wcześniejszych nawet małych zaniedbań.
Kocham i akceptuję.
Nie biję.
 Czasem krzyczę i jest mi głupio.
Rozmawiam na każdy temat i odpowiadam na każde pytanie, a wierzcie mi, że padały zaskakujące i te naprawdę trudne.
Moja metoda wychowawcza? Myślę o tym jak sama byłam wychowywana, to co dobre, przenoszę na nasz grunt, to co złe robię zupełnie inaczej.
Moi kochani rodzice nie mogli rozpieszczać mnie prezentami, popełniali też dużo błędów, nie rozmawiali ze mną na "niektóre tematy", nie umieli, ale zakładali że jestem mądra i sobie poradzę. No cóż, poradziłam sobie, ale sama takich założeń robić nie będę. Ale rodzice dali mi coś wyjątkowego, coś co procentuje do dziś w moim życiu, otóż okazywali na każdym kroku swoją miłość i całkowitą akceptację, podkreślali, ze uważają mnie za mądra i samodzielną, nie tyle co we mnie wierzyli, oni WIEDZIELI.

Moi kochani rodzice dali mi niesamowite wsparcie przy wychowaniu Kasi, sa współautorami mojego wychowawczego (jak do tej pory) sukcesu. Bez nich nie dalibyśmy rady. Sa tak wspaniali, ze nieskromnie powiem, ze każdy znajomy nam tego luksusu zazdrości. Pamiętam jak rok temu odebrałam Kasię od rodziców, a na balkon wyszedł jeszcze mój tata i krzyknął "kochamy Cię córeczko, zawsze możesz na nas liczyć".
Kocham moich rodziców. Kocham swoje dziecko. Mam nadzieję, ze kiedy K zostanie matka to ja też będę mogła jej  pomagać w granicach jakie ona wyznaczy.

Ludzie myślą, ze nie lubię dzieci, owszem, większość mnie drażni, jestem złą ciotką, która nigdy nie bierze maluchów na ręce i prawie nigdy się nie bawi. Ja kocham dzieci, uważam że są świętością, że nie są naszą własnością, nie są też naszą emerytura i gwarancją tej przysłowiowej "szklanki z wodą" na starość. Można spróbować zarzucić mi hipokryzję, bowiem popieram prawo kobiet do aborcji, ale dla mnie jest różnica między  zarodkiem a 8 miesięcznym płodem  i dyskusja o tym kiedy zaczyna się życie nie ma sensu. Wartością nadrzędna jest prawo kobiety do świadomego decydowania o swojej płodności i rodzinie, chciałabym żeby każde dziecko sprowadzane na ten świat było nie tyle planowane, ale chciane. Przede wszystkim do tego każde dziecko ma prawo.

Wszystkiego najlepszego :-)

sobota, 14 maja 2016

Słodko gorzkie smaczki mojej drogi zawodowej

Pisałam tu już pewnie parę razy o tym, że chce zmienić pracę. Chciałam ale nic nie robiłam, nie wysłałam ani jednego cv. Nie chciałam zmienić pracy z powodu złych zarobków czy złej atmosfery, chciałam to zrobić ponieważ było mi już tu bardzo dobrze, ale czułam że stoję w miejscu, tkwiłam w bezpieczny miejscu, pensja była zawsze na czas, nikt nie kontrolował tego ile czasu spędzam na kawie (w ten sposób fundują mi mega droga kawę), ale z każdym dniem coraz bardziej się wypalałam. Do tego doszło zagrożenie że w przyszłości możemy nie mieć projektów, a jestem pewna że bez nich  nikt nie będzie utrzymywał. Tak więc czas powoli szukać czegoś nowego. Boję się, że może się to wiązać z niższą pensją, ale jeśli będę robiła coś naprawdę ciekawego, mogę się zgodzić na gorsze warunki. Skoro jestem już nastawiona na zmiany w życiu zawodowym, to pomyślałam, ze podsumuję moja ścieżkę zawodową. Trochę z humorem :-)


Pierwsza praca po studiach za psie pieniądze
Moja pierwsza praca to praca w jednym z wielu centrów usług wspólnych - tutaj była to księgowość dla bardzo dużej firmy. Nie byłam jednak księgową, na ten awans trzeba było albo zapracować, albo mieć odpowiednie  wykształcenie i znać biegle języki obce. Ja pracowałam w dziale najniższym w hierarchii, czyli przygotowywaliśmy faktury dla księgowych i segregowaliśmy pocztę. Dodam, że zatrudniana byłam przez agencję pracy tymczasowej i podpisywałam umowę co 2 tygodnie. Pensja była tragiczna, ale w sumie wtedy mieszkałam jeszcze z rodzicami i na moje wydatki starczało. Z wieloma nadgodzinami może zarobiłam z 900zł, wtedy skakałam z radości:-) Pamiętam, że dziewczyny które pracowały ze mną liczyły na awans do księgowości, bo tam były trzy stówki brutto więcej, tak wiec też bez szału.

Pracowałam z samymi dziewczynami
Są kobiety które nie lubią pracy z innymi kobietami a wolą z mężczyznami. Ja mam porównanie i szczerze mówiąc jest mi obojętnie, jak ze wszystkim są plusy i minusy. Z kobietami bywało nerwowo, ale siedziałyśmy w kilka w małym pokoju więc naturalne były spięcia. Było też wesoło, czasem tez wulgarnie, w tym nie ustępowałyśmy facetom:-)
 Jedna z dziewczyn ciągle puszczała głośne bąki, to było obleśne, ale z drugiej strony lubiłam to że w swoim towarzystwie nie musiałyśmy się spinać.

Jak można było poznać osobę na wyższym stanowisku?
W firmie nie było obowiązującego dress codu, nie spotykaliśmy się z klientami, więc każdy wyglądał "normalnie". Wyższa kadra zawsze w marynareczkach, garsonkach, żakietach itd. Więc kiedy po pracy miałam umówioną rozmowę kwalifikacyjną i przychodziłam elegancko ubrana tylko wtedy ktoś mówił do mnie "dzień dobry", w innej sytuacji każdy miał każdego w dupie.

Ciągle szukałam lepszej pracy
Wiedziałam, że ta praca nie jest dla mnie. Po dwóch latach może zostałabym księgową "przez zasiedzenie", ale umówimy się, nie były to wyżyny inżynierii finansowej. Skończyłam kierunek techniczny i chciałam pracować w zawodzie. Wiedziałam że nie mam doświadczenia, wiec obrałam sobie cel: dostać się do jakiejkolwiek firmy technicznej na jakiekolwiek stanowisko, a potem awansować - coś w stylu od asystentki do dyrektorki. W końcu udało się w firmie w której obecnie pracuję.

Od asystentki do projektanta
Aplikowałam na stanowisko asystenta/tki kierownika projektu ds. dokumentacji. Takie stanowiska stworzyli dwa, z tym że tylko ja byłam zwolniona z obsługiwania sekretariatu, robienia kaw na spotkania itd. czemu? Bo byłam absolwentką Politechniki. Głupio się czułam z tego powodu bo koleżanki uważały to za niesprawiedliwość. może i słusznie. Później szybko przeniesiono mnie na stanowisko projektanta i kazano robić mega trudne rzeczy, powiem szczerze że wtedy mnie to przerastało. Nie miałam za bardzo wsparcie, byłam "asystentem projektanta" tylko nie wiedziałam którego. To był ciężki dla mnie czas, na szczęście minął i potem było lepiej. Później awansowałam na projektanta, samodzielnego projektanta, a dziś jestem "lead engineer- systems". Tylko że mimo tych awansów robię od 10 lat to samo, zmieniają się tylko projekty.

Praca z mężczyznami
Myślę, ze ogólnie się lubimy, musicie wiedzieć, że ja jestem bardzo pogodną osobą i jestem zawsze uśmiechnięta, moje żarty na granicy dobrego smaku niektórych szokują, czasem się kłócimy, bo każdy już zna moje feministyczne poglądy, ale dogadujemy się. Tylko że koledzy poza byciem miłymi prawie nigdy mi w niczym nie pomogli, W pewnym momencie mojej pracy moją "mentorką" stała się kobieta - specjalistka, która pracowała z nami, mimo iż była już na emeryturze, to dzięki niej jestem tu gdzie jestem i wiem to co wiem. Motywowała mnie, poprawiała i kiedy mogła, uczyła. Wiele jej zawdzięczam. Nikomu innemu nie zawdzięczam choćby 10% tego co jej. 
Koledzy jeśli szłam do nich z konkretnym pytaniem albo odsyłali do standardów, norm, procedur czy po prostu zbywali "jak możesz tego nie wiedzieć?" Sami jednak pytali o takie błahe rzeczy jak wzór kwasu solnego- no sorry, to jest zakres szkoły podstawowej.
W tym momencie mogę porównać pracę z kobietami i mężczyznami- jeśli wydaje się komuś że pracując z kobietami trzeba się ciągle porównywać, rywalizować itd powiem tak: nigdy mnie to nie spotkało, natomiast jeśli jesteś kobietą a pracujesz w męskim środowisku to dla nich nie jesteś rywalem, musisz jednak udowadniać im że zasługujesz na swoje miejsce w ich zespole. wytkną Ci każdy brak, ale ich podstawowe braki ich nie krępują.

Pani Kasiu, Panie inżynierze
Koledzy kolegami, ale na spotkaniach z dostawcami, klientami, te "obce' osoby zwracały się do mnie per "Pani Kasiu" a do kolegów "Panie inżynierze". Nie wkurzałoby was to? To nie jest moje przewrażliwienie, bo przeżyłabym "Pani Katarzyno" jeśli do kolegów też mówiono by "Panie Adamie, Stanisławie" itd. Ale nikt nie mówił "Panie Adasiu", "Panie Stasiu". Poza tym czemu nie mówią do mnie "Pani inżynier?" czy mój tytuł jest gorszy od innych? Myślę, że zostanie to dla mnie nierozwiązaną zagadką.

Trochę się boję 
Bardzo potrzebuję zmiany, muszę wyjść ze swojej strefy komfortu, bo tylko poza nią jest rozwój, a ja od lat stoję w miejscu, zmienia się tylko oficjalne stanowisko i kwota na umowie, która jeszcze bardziej przywiązuje mnie do tego miejsca. Jestem niewolnikiem swojej wygody.
W tym roku po raz pierwszy dostałam obniżona podwyżkę inflacyjną. Powód "bo cały rok dobrze się bawiłam". Rok w którym pracowałam bardzo ciężko, w którym prowadziłam dwa bardzo trudne tematy i niestety czasem się nie wyrabiałam, ale w porównaniu do poprzednich lat zrobiłam kawał dobrej roboty, został najgorzej oceniony. To znak że czas się zwijać. Najgorsze jest że czasem widzę przerażenie w oczach mojej rodziny kiedy mówię o zmianie, boją się, że nie znajdę nic równie dobrego. Tylko ze ta praca i tak się kończy i czekanie na to aż mnie zwolnią z powodu braku projektów (może  za kilka miesięcy, może za rok) to tylko starta czasu. także trzymajcie za mnie kciuki.

Buziaki
Kasia

wtorek, 3 maja 2016

Hybrydy i wpadki kosmetyczne

Kilka tygodni temu zostałam właścicielka zestawu startowego Semilac. Oczywiście wmawiałam sobie, że hybrydowe paznokcie będą dla mnie wybawieniem, bowiem zwykły lakier bardzo szybko mi odpryskiwał i zdarzało się, że w pracy moje dłonie wyglądały tak strasznie, ze wstydziłam się podać dłoń na przywitanie. Przekonywałam więc sama siebie, ze ten zakup jest niezbędny, że zwróci mi się szybko, bo przecież przed ważnymi okazjami takimi jak wesela czy bale chodziłam do kosmetyczki "na paznokcie". W rzeczywistości jednak stałam się ofiarą świetnej akcji marketingowej tej marki, która sprzedawała nie tylko produkt, ale tez styl życia. Nienaganny styl życia eleganckiej kobiety.


Niestety muszę przyznać, że był to niepotrzebny zakup. Po pierwsze czas nałożenia hybryd jest tak długi, że spokojnie mogłabym lakierować paznokcie klasycznymi lakierami co drugi dzień. Po drugie wcale nie wytrzymują u mnie całego tygodnia i schodzą mi z paznokci płatami. Wiem, możliwe że robię coś nie tak, ale oglądałam wiele filmów instruktażowych i nie znalazłam jakiś szczególnych błędów. Natomiast w  pracy odszedł mi lakier z obu kciuków, obciach większy niż odpryski. Nie byłam elegancka panią.
Nie czuje się jednak oszukana, nadal bardziej wierzę blogom i vlogom niż telewizji, to co sprawdza się u innych nie koniecznie musi u mnie, poza tym bardziej chodzi mi o to, że powinnam się zastanowić "czy ja na pewno tego potrzebuję?". Dziś mogę odpowiedzieć: nie potrzebowałam zestawu do robienia paznokci hybrydowych, ale już go mam, więc póki co ozywam, może to kwestia wprawy. 

Skoro jestem już w temacie kosmetycznych pomyłek to opowiem o ostatniej: poszłam na złuszczanie kwasami do kosmetyczki. paliło mnie strasznie, bałam się, że skóra będzie odchodziła mi płatami. niestety nie ma żadnego łuszczenia, wysypało mnie tylko podskórnie, więc wyglądam gorzej niż na początku. Biorąc pod uwagę te kwasy i paznokcie muszę powiedzieć, że kwiecień nie był miesiącem udanych inwestycji.

Za to maj rozpoczął się świetnie. Cieszę się, że nie skusiło mnie na nową fryzjerkę, która pracuje z kosmetyczką która zrobiła mi te bezowocne kwasy. Chciałam już zrezygnować z blondu, ale jak widzę fryzjerkę z jeszcze większymi odrostami niż moje, z przetłuszczonymi włosami zwiniętymi w koka na czubku głowy, która ze znużeniem proponuje mi prawie czarna farbę przy czym zaznacza, że ta farba wypłucze się z tej jasnej części (czyli po 2 tygodniach odrost byłby czarny, reszta włosów - kolor zagadka) to po prostu mi się odwidziało. 
Jako klientka marnotrawna wróciłam wiec do swojej fryzjerki. Ta wybiła mi z głowy tak nagły powrót do naturalnych włosów, w końcu sama zrobiła ze mnie blondynkę więc wie ile się przy tym napracowałyśmy, zaproponowała więc koloryzację 3D i tak dobrała kolory, żeby potem odrost wyglądał naturalnie. Wygląda to super i w końcu czuję się jak JA w ciemniejszych włosach. 

Buziaki
Kasia 

czwartek, 14 kwietnia 2016

o prawo do aborcji

W tym gorącym okresie znalazłam w swojej bibliotece jakże aktualną książkę. "o prawo do aborcji" to zapis przemówienia francuskiej minister zdrowia Simone Veil  przedstawiającego projekt ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży na życzenie kobiety. Miało to miejsce  w listopadzie 1974 roku.
40 lat temu członkowie Zgromadzenia Narodowego Francji podjęli się próby dyskusji nad tą trudnym tematem, ponieważ była to kwestia ochrony godności francuskich kobiet,  które zmuszone sytuacją życiową coraz częściej przerywały ciąże w tzw podziemiu aborcyjnym ryzykując utratę zdrowia lub życia. Przebieg tego poruszającego przemówienia świetnie oddała Magdalena Środa,  której fragment recenzji pozwolę sobie w tym momencie zacytować:
"Trzeba zobaczyć tę niewielką kobietę, pozbawioną całkowicie agresji, modulująca głos w bardzo spokojny, choć stanowczy sposób, gdy stawia czoła kilkuset mężczyznom patrzącym na nią początkowo z pogardą lub wyraźnym lekceważeniem; potem wściekłym, agresywnym, grubiańskim. "Awantura" jaką rozpętała Veil (bo trudno by było to nazwać parlamentarna debatą), trwała wiele godzin i skończyła się sukcesem. Sukcesem, który zmienił kondycję egzystencjalną kobiet".
40 lat temu konserwatywni politycy otworzyli się na racjonalne argumenty, i obiektywnie ocenili trudną sytuację kobiet i na przekór swoim  osobistym poglądom zdecydowali pozwolić kobietom, swoim współobywatelkom, żonom, siostrom i córkom decydować w zgodzie z własnym sumieniem i podejmować samodzielnie trudna decyzję o przerwaniu ciąży Skończono tym samym z narodową hipokryzją i przyznano się do faktu, że aborcja istnieje i zbiera śmiertelne żniwo wśród kobiet.

Dziś przyszedł dzień, kiedy stajemy w obronie ustawy która przez lata nazywana była kompromisem. Kompromisem, którego w żaden sposób nie można było naruszyć. Okazało się jednak, ze wszyscy zostaliśmy oszukani, nie przez organizacje pro-life które w demokratycznym kraju moga domagac się zmiany przepisów, ale zostaliśmy oszukani przez polityków. Znowu.

Ale niech obecne wydarzenia będą przestrogą dla tych, którzy mówią, że kobiety mają prawa róqwnę męskim, a nawet przecież większe. Drodzy Państwo: przecież właśnie kobietom odbiera się podstawowe prawa człowieka.

Ale jak kobiety mogą domagać się tych praw skoro właśnie zostały odczłowieczone. Została inkubatorem, taka jest jej rola, całe jej człowieczeństwo przeszło na zarodek i płód. Powtarzam: zarodek i płód bo to są prawidłowe określenia i jestem pewna że w opisach medycznych używają ich również lekarze podpisujący tzw klauzulę sumienia.

To zadziwiające, że mężczyźni żądają prawa do posiadania broni palnej, chcą mieć możliwość obrony siebie i swojej rodziny przed napastnikiem, który chce naruszyć ich mienie materialne, zagraża ich życiu lub zdrowiu. Prawo do samoobrony jest przecież naturalne. Dlaczego więc kobietom prawa chce się odmówić? Czemu mają umierać powijając dziecko, które od razu osieroca, osieroca też pozostałe dzieci, pozostawią ukochanego męża czy rodziców.
Czemu wymaga się od nich bohaterstwa wychowywania bardzo chorego dziecka, jeśli jednocześnie nie wymaga się tego od ojców? Mam nadzieję że projekt zmian do ustawy przewiduje zakaz spierdalania ojca z życia bardzo chorego dziecka? Kto pomoże finansowo takiej rodzinie, bo ich wydatki aby zapewnić minimum godnego życia przekraczają możliwości finansowe rodziny, zwłaszcza, ze jeden z rodziców (głownie matka) musi zrezygnować z pracy.
Co z dziećmi poczętymi a następnie urodzonymi w wyniku gwałtu? kto będzie je utrzymywał? matka? czy Państwo będzie płaciło alimenty za gwałciciela? czy gwałciciel będzie mógł domagać się praw wobec dziecka? Co z odpowiedzialnością Państwa i organizacji pro-life za 9 miesięczny gwałt na kobiecym ciele?


Czy kobiety będą odpowiadały za poronienie? Miła byc druga Japonia, irlandia, a będzie drugio Salwador.  Czy dochodzenie wykaże  czy kobieta nie pracowała zbyt ciężko przyczyniając się do poronienia? Ale jak miałaby nie pracować skoro nie pójdzie na zwolnienie lekarskie, bowiem ciąża to nie choroba?

Właśnie widzimy jaki niski jest status kobiety w polskim społeczeństwie, status "głupiej gęsi" za która trzeba podejmować fundamentalne decyzje. Ja się na to nie zgadzam, za mnie nikt nie musi myśleć, ani mąż, ani Kościół ani politycy.

Kościół ma jednak prawo nauczać wewnętrznie ze aborcja jest grzechem, byłoby dziwne gdyby tego nie robił, nie możemy jednak godzić się na to, aby Kościół wywierał presję na polityków, a oni na nas, obywateli. Polityków jakich mamy wiemy, obecna ordynacja pozwala na wejście do sejmu byle durnia ciągniętego przez lidera z wiodącej listy. Nie możemy oddać swojej godności, zdrowia i życia w ręce tych idiotów.

Jestem buddystką, życie każdej istoty jest mi drogie. Gdybym miała opisać buddyzm jednym słowem byłoby to "współczucie". Ale współczucie zawsze musi być równoważone mądrością. W tym przypadku moje współczucie kieruję wiec mądrze ku kobietom, które stają przed nie łatwą przecież dla nikogo decyzją. Oskarżanie ich o to, że bez emocji chcą się po prostu wyskrobać jest płytkie, i niedojrzałe. Ta decyzja zawsze jest trudna i niezależnie od wyboru kobiety bo głownie one będą do końca życia ponosiły jej konsekwencje. Ale prawo tego wyboru musi być zachowane.


W niedzielę wybieram się na ogólnopolski marsz protestu kobiet polskich przeciw proponowanym zmianom w ustawie aborcyjnej, który odbędzie się akurat w Łodzi.. Bo mój głos ma znaczenie, bo mówię głośno, ze się nie zgadzam, jestem człowiekiem, nie inkubatorem!


wtorek, 8 marca 2016

Dzień Kobiet

Nie byłabym sobą gdybym pomimo natłoku pracy nie napisała dziś tutaj kilku słów. Zacznę może od życzeń: otóż moje kochane kobiety życzę Wam zdrowia przede wszystkim, wiary we własne siły, aby zwątpienie w nią nigdy nie przyszło. Jak już będzie zdrowie i wiara w siebie to przyjdzie wszystko inne bo i na szczęście i na pieniądze trzeba ciężko zapracować.  Ktoś kiedyś powiedział mi, że nie powinno się życzyć spełnienia wszystkich marzeń, bo co my zrobimy później kiedy wszystkie już będą spełnione? Tak więc weźcie jedno marzenie, coś czego pragniecie najbardziej i zrealizujcie je samodzielnie, reszta marzeń niech czeka na swoją kolei i nadaje życiu właściwy bieg.

Czym jest dla mnie Dzień Kobiet? To wyjątkowe święto, nie chcę widzieć w nich drugich walentynek, nie muszę dostawać kwiatów, biżuterii i czekoladek. Dzień Kobiet jest dniem upamiętniającym walkę o prawa kobiet, nie dniem umizgów w kierunku "płci pięknej". Każdego roku 8 marca myślę o tym jaką szczęściara jestem: zdrowa biała kobieta urodzona pod koniec XX wieku w centrum Europy. Biorąc pod uwagę statystyki - jestem farciarą. Wy też.

W Dzień Kobiet czuję wdzięczność.

Z Dzień kobiet czuję tez złość na wszechogarniająca komercjalizację, a może dosadniej- głupotę - reklamy ofert pakietów zabiegów medycyny estetycznej jakie mężczyźni mogą kupić swoim kobietom w prezencie sprawiają że załamuję ręce. Po co kiedyś ta walka była? po to aby 100 lat później świętować ją wygładzaniem zmarszczek?  Może zamiast talonu na nowe silikonowe piersi  warto przypomnieć kobietom o okresowych badaniach ginekologicznych? Bo jak pisałam na początku zdrowie jest najważniejsze.

Wszystkiego najlepszego w Dniu kobiet i  w każdym innym też.
Kasia


niedziela, 14 lutego 2016

Spotlight czyli o aferze pedofilskiej w KK

Standardowa walentynkowa randka w kinie odbyła się w naszym przypadku w sobotę (patrząc na obłożenie kin to chyba większość ludzi świętowała w sobotni wieczór). Film wybrałam oczywiście ja i po kryjomu zarezerwowałam bilety, stawiając nijako P przed faktem dokonanym. P i trak marudził, a to że tematyka pewnie będzie nudna, a to że pewnie miejsca złe wybrałam (oczywiście w kinie był ciąg dalszy marudzenia bo wg niego rząd niżej byłby idealny).
Ale wracam do filmu, bo wpis nie ma na celu opisywać naszej "randki", chcę raczej pozwolić sobie wylać swoje emocje które kłębią się we mnie od zakończenia seansu.


"Spotlight" jest opowieścią o śledztwie dziennikarzy " The Boston Globe" dotyczącym pedofilii w Kościele Katolickim. Początkowo śledztwo miało dotyczyć księży którzy się tego dopuszczali, ale potem skupiono się bardziej na procederze tuszowania tego zjawiska przez hierarchów Kościoła. Ot cała fabuła, tylko tyle i jednocześnie aż tyle.

W filmie nie ma nagłych zwrotów akcji, jest pokazane długie i żmudne śledztwo, widzimy również, że skala zjawiska nad która rozpoczęto pracę była jedynie wierzchołkiem góry lodowej i ze zjawisko to było wielokrotnie większe. Padła również pewna liczba określająca tą skalę: 6% wśród kleru i ta statystyka dokładnie potwierdziła się w Bostonie.
Jaki jest profil ofiary? dziecko z rodzin patologicznych, biednych, przezywające śmierć lub odejście rodzica (potwierdza się również w kontekście doniesień z naszego kraju, które co jakiś czas pojawiają się w mediach)

Wiecie, że nie wierzę w Boga, nie ma we mnie wiary w wyższą moc decydująca o naszym losie. Ale rozumiem ludzką potrzebę tej wiary. To nie ma jednak nic wspólnego z instytucją jaką jest Kościół.
Myślicie, że biskup, który wiedział o skłonnościach księży, ale jednocześnie wyciszał sprawy był człowiekiem głębokiej wiary? Według mnie Bóg powinien pierdolnąć go piorunem i spalić na miejscu, ot tak dla przykładu.
Myślicie, ze ksiądz prowadzący chłopca do swojej sypialni na plebanii był głębokiej wiary gwałcąc dziecko na łózko nad którym wisiał krzyż z umierającym Chrystusem?
Celem władzy nie są pieniądze, celem władzy jest władza. Za potężną władza stoi często bezkarność, A religia daje władzę potężną.
Nic nie wkurza mnie tak bardzo jak dwulicowość, gwałcone dzieci były odczłowieczone, nie widziano w nich ludzi, a seksualną rozrywkę, za to w zarodku już tego człowieka widzą. ksiądz który "jest tylko człowiekiem i błądzi" mówi innym jak mają żyć, ma również władzę w imieniu Boga aby innym grzechy odpuszczać lub nie. czy może ktoś mi wytłumaczyć w jaki sposób to ciągle działa?

Film w moim odczuciu jest genialny, również ze względu na świetne aktorstwo doborowej obsady, polecam wszystkim, praktykującym i niepraktykującym, bo od zła oczu odwracać nie można, trzeba się w tym zmierzyć. Na pocieszenie dodam, odwracając statystykę, ze 94% księży nie ma skłonności pedofilskich. I spotkania z takimi Wam życzę/.

PS. Moja córka chodzi na religię i za rok pójdzie do Komunii. Nie taki był mój zamiar, ale ona chodzić na te zajęcia chciała i lubi lekcje religii. Nie mogę jej zabronić jeśli ona tego chce, tak jak kiedyś moi rodzice pozwolili mi wybrać, i zejść z utartej ścieżki.

Wykorzystywanie dzieci jest najczęstsze w najbliższym kręgu, głownie rodziny, tu działa ten sam mechanizm wykorzystywania władzy. także zagrożenie nie czyha tylko w kościołach. Chciałabym jednak, aby nie było na świecie 'Świętych krów", pewnego sacrum którego tknąć nie wolno. Zwracając uwagę na pedofilię w KK, podnosisz rękę na Boga, mówiąc o tym, że dziecko zgwałcone przez ojca przy cichej akceptacji matki należy jak najszybciej im odebrać a rodziców osądzić podnosisz rękę na  Rodzinę. Podnieść rękę można łatwo i na wszystko, na Matkę Polkę, na Tradycję (zamachem na tradycję i rodzinę była przecież konwencja o przeciwdziałaniu przemocy), na Naturalny Podział Płci (nawet jeśli nie śmiejesz się z seksistowskich kawałów lub nie podoba ci się koleżeńskie klepniecie w tyłek jesteś zapewne feministką i genderystką).
Wszystkim nam życzę trzeźwego osądu każdej sprawy i dowagi do głośnego wyrażania swojego sprzeciwu wobec zjawisk które nie powinny mieć miejsca.

A z okazji walentynek życzę Wam dużo miłości. Do bliźniego i do siebie samego :-)

PS2. przepraszam jeśli tekst wydał Wam się chaotyczny, ale był pisany w wielkich emocjach. Tak jednak jak każdy ma prawo do grzechu, ja mam prawo do gorących emocji :-)

Pozdrawiam
K

piątek, 12 lutego 2016

Skills box - Luty 2016. Dlaczego już nie lubię pudełek?

Naprawdę kocham pudełka niespodzianki, ale niestety dość szybko jestem nimi rozczarowana lub po prostu znudzona. Tak było też z grudniowym Skills Boxem, którego recenzji nie widziałam już sensu tutaj robić, ponieważ w porównaniu do dwóch poprzednich było po prostu słabe (oczywiście to moja subiektywna ocena). W każdym razie wtedy postanowiłam nie przedłużać swojej trzymiesięcznej subskrypcji.
Po jakimś czasie, jako że kobieta zmienną jest, zmieniłam zdanie i postanowiłam dać pudełku druga szansę, poza tym jak uwielbiam sprawiać sobie prezenty. I tak po miesięcznej przerwie zamówiłam lutowe pudełko. Być może jednak moje oczekiwania były za wysokie, nie mniej znów byłam zawiedziona.

W pudełku znalazły się:

Książka o przyszłości marketingu, PR i reklamy "Growth hacker marketing"- Książki biznesowe są zawsze najmocniejszą stroną tych pudełek, więc oczywiście chętnie przeczytam.

Książka z płytą CD "mindfulness trening uważności" czyli trening umysłowy, którego celem jest osiągniecie szczęścia i harmonii. Ok, to może się podobać, ale nie mnie. Jedyna medytacja jaką osobiście uznaję to ta buddyjska, przede wszystkim zazen, a to czego unikam to wszelkie "treningi umysłu" łączące medytację i afirmację na zasadzie pseudo hipnozy (czyli Ty prawie spij, i wsłuchuj się w płytę z  nagranym dźwiękiem szumu fal a My będziemy Ci w tym czasie mówili jaki wspaniały jesteś). Książki jednak jeszcze nie czytałam a nie byłoby uczciwie skreślać ją od razu, więc z uczciwości przeczytam i zrobię swoją recenzję na blogu.


Do tego był  zeszyt motywacyjny, który jest po prostu zwykłym szeszytem z ładną okładką, sam w sobie nie motywuje mnie do niczego

Pióro kulkowe- ot niby magiczne, które można zmazywać silikonową końcówką, dla mnie tez nic odkrywczego, moja Kasia i jej koleżanki używają takich w szkole  do nauki ładnego pisania.

W pudełku znalazły się jeszcze spinacze w kształcie serca i zakładki indeksujące w identycznym kształcie.

Nie zrozumcie mnie źle, pudełko jest produktem który ktoś mi sprzedaje, a ja świadomie, mimo iż nie znam zawartości je kupuję. Więc to nie chodzi nawet o to czy opłacało się wydać 99zł. W internecie są recenzje wielu  pudełek m.in. kosmetycznych i recenzentki też są zawiedzione kolejnym balsamem do ust czy popularnym antyperspirantem bądź pastą do zębów. Tak jest i w tym przypadku. Zakładek / karteczek do przylepiania było już dużo, a u mnie nie mają praktycznie zastosowania, pióro kulkowe byłoby fajne gdyby pisało na czarno lub niebiesko, a nie na brązowo. Ale już największe przegięcie to nazywanie zeszytu motywacyjnym. No do cholery do czego ma mnie motywować? w środku są tylko linie, nic więcej, a napis "dreams inside" ma sugerować że powinnam spisywać swoje sny? (swoją drogą śniło mi się ostatnio, że poleciałam na Sri Lankę). Wiecie czego bardzo nie lubię? Dorabiania filozofii tam gdzie jej po prostu nie ma, nie oszukujmy się, zeszyt, zszywki czy nawet pachnący długopis nie są inspirujące czy motywujące (mój blog tez nie, więc chyba zmienię ten cholerny tytuł), ale jesteśmy chyba tego spragnieni skoro wiele można nam wcisnąć.
Co do pudełek- korci mnie żeby zamówić marcowe, może z okazji Dnia Kobiet będzie ono wyjątkowe? Ale za prawie stówę mogę sobie kupić dwie lub trzy książki zamiast czekać na kota w worku, więc to będzie chyba koniec mojej przygody.

Plusem pudełka była walentynkowa wstążka, jak widzicie na zdjęciu moja kotka już na nią czekała. Nie ma sensu kupować kotom zabawki, darmowe wstążki od prezentów są najlepsze.

A Wy jakie macie doświadczenie z pudełkami niespodziankami?

ściskam gorąco
Kasia

czwartek, 14 stycznia 2016

Podsumowania i plany

Na przełomie roku przeglądam  blogi czekając na wpisy z podsumowaniami i planami na kolejne miesiące. Wyobrażam sobie jak dana osoba wspomina kilka poprzednich miesięcy, uśmiecha się, może smuci, mam jednak wrażenie że  za każdym razem kiedy planuje co zrobi w nowym roku, robi to z nadzieją i poczuciem, że ot tym razem wydarzy się coś wyjątkowego.
Tak tez jest w moim przypadku.

Rok 2015 był spokojny, łaskawy, upłynął bez większych zawirowań, nie było sytuacji które w znaczący sposób odmieniły moje życie ani na lepsze ani na gorsze. Mogę jednak uczciwie podsumować, że przez większość czasu byłam po prostu szczęśliwa.

Moje sukcesy roku 2015
- Moja duma i radość czyli Mała K. W listopadzie 2015 skończyła 8 lat, nauka idzie jej łatwo, jest wspaniale pyskata i lubi sport (było dla mnie ważne aby nie była fizyczną łamaga jak ja). Moją wielka dumą jest to, że udało mi się wychować ją w wielkiej miłości do książek, teraz to ona czyta mnie, a nie ja jej.
- Praca bez większych kłopotów (te mniejsze udało się naprawić)
- Miłość: w 2015 częściej niż kiedykolwiek myślałam o wyprowadzce. Związek w którym nie ma problemu zdrad, przemocy, kłopotów finansowych, ale są dwie trudne osoby które za często się kłóciły kompletnie o wszystko sprawia że dochodzisz do miejsca w którym wiesz że nie wytrzymasz ani jednego dnia więcej. Lubię powiedzenie "dno ma to do siebie żeby się od niego odbić". I tak chyba się stało, doszliśmy do ściany, odbiliśmy się od niej i zbliżyliśmy do siebie. Tak więc trwamy dalej, uśmiechnięci i szczęśliwi, a może zakochani od nowa?
- Moim wielkim sukcesem ubiegłego roku jest moja nowa przyjaźń. Pozwoliłam sobie użyć tego zwrotu (którego normalnie staram się nie nadużywać), bo spotkanie osoby z którą czujesz się jakbyście znali się od lat, której ufasz bardziej niż ludziom których od wielu lat  znasz osobiście jest wyjątkowe. Beata (tak kochana to o Tobie) jest mi już bardzo bliska, a ja naprawdę trudno nawiązuję bliskie relacje z ludźmi, uśmiech pojawia się u mnie już na zasadzie odruchu Pawłowa kiedy widzę, że przyszedł nowy mail :-)

Moje porażki
- wciąż nie zrobiłam prawa jazdy. Wstyd mi, że ja taka wyzwolona kobieta telepię się autobusami do pracy gdzie ocierają się o mnie brzuchaci panowie lub proszę się P żeby mnie gdzieś zawiózł.
- Ciągłe ta sama praca. W połowie czerwca minie 10 lat jak pracuję w tej samej firmie. Jestem już wypalona, ale czekałam żeby skończyć ważny temat. i ten moment nastąpi już wkrótce. Powiem jednak szczerze że przez 9,5 roku mogłabym nauczyć się więcej i bardziej rozwinąć, bo mimo że awansowałam i dostawałam podwyżki to i tak robiłam to samo.

Plany na 2016
- wstyd przepisywać z roku na rok, ale oczywiście prawo jazdy :-)
- zmiana pracy- jestem już zmotywowana na 100% tylko nie wiem kto w łodzi zapłaci mi tyle ile chcę
- wysterylizować kotkę, która jak to określił ostatnio weterynarz ma "niezidentyfikowaną płciowość" bo stanowczo za rzadko ma ruję. Mam więc kotkę genderystkę.
- wrócić do praktykowania zazen.
To tylko plany, bo o marzeniach już wkrótce...

K.