wtorek, 31 marca 2015

Odgruzowanie przestrzeni- kosmetyki kolorowe

Do dzisiejszego wpisu natchnął mnie niestety częściowo obowiązek wiosennych porządków, muszę Wam przyznać, że nawet u mnie w domu ciężko o równouprawnienie w te kwestii, ot mój kohabilitant (czyż nie urocze określenie konkubenta?) zrobi wszystko aby wywinąć się z tego smutnego obowiązku. Ale biorąc pod uwagę fakt, że P uwielbia rywalizację postanowiłam rozstrzygnąć coroczny wiosenny spór w nasz klasyczny sposób- grę w szachy. Graliśmy do trzech wygranych i niestety przegrałam 2:3. Tak więc ogarnięcie całego domu jest na moich barkach (a tak niewiele brakowało). Póki co udało mi się ogarnąć szafę ze swoimi ubraniami i łazienkę, dłuższy postój zrobiłam przy toaletce, gdzie musiałam stoczyć bój sama z sobą o kolorowe kosmetyki, bo najchętniej wyrzuciłabym wszystko do kosza i kupiła minimalistyczny nowy zestaw naprawdę niezbędnych rzeczy, ale z drugiej szkoda pieniędzy które kiedyś wydałam, tak więc postanowiłam że zrobię selekcję ale również sumiennie będę wykańczała zalegającą kolorówkę.
A w ogóle to jestem p[od wielkim wrażeniem minimalizmu, co prawda ja nie uważam się za minimalistkę, nie będę raczyła Was wpisami z tej kategorii, nie miej każdy może choć trochę skorzystać z jego zasad.
A czy uważacie, że minimalizm jest tylko chwilowym trendem? Mam nadzieję, że nie, że to raczej odpowiedź na szalony konsumpcjonizm, odpowiedź do której jako społeczeństwo musieliśmy dojrzeć. Pamiętam, że pierwszy raz się zetknęłam z tym pojęciem w kontekście ludzi którzy porzucili pracę w korporacji (stara historia) i ograniczyli ilość otaczających ich rzeczy do takiego minimum, że mogli w każdej chwili spakować się w plecak i ruszyć przez siebie. Później minimalizm zyskiwał bardziej przystępne oblicze, uczyliśmy się organizować swoje szafy i wyrzucać zbędne przedmioty. Nawet blogerki / vlogeriki urodowe, które jeszcze 3 lata temu pokazywały "kolekcję kosmetyków" zaczęły ograniczać ich ilość.
Podczas wiosennych porządków w łazience udało mi się wyrzucić kilka przeterminowanych produktów do włosów, kilkuletnich antyperspirantów, które gdzieś na dnie pudła czekały na ostatnie psiknięcia, wciąż jednak mam kilka balsamów, które staram się zużyć, zapasy szamponów i żeli pod prysznic. Ale umówmy się, takie rzeczy są do ogarnięcia.
Jak wspominałam gorzej z kolorówką. Moim największym problemem są produkty do ust: pomadki i błyszczyki.
Wiem, to nie jest rekord, pewnie zaledwie ułamek tego co mają dziewczyny recenzujące dla nas kosmetyki (mają pewnie więcej i lepsze :-) ), to jednak też nie jest wszystko co posiadam, nie opróżniłam jeszcze torebki. Najwięcej mam czerwonych pomadek, Kocham kolorowe usta, nie lubię jasnych różów, a niestety kilka takich też  posiadam, chyba jeszcze z czasów kiedy byłam brunetką. Rudzielcom pasują już jednak inne odcienie, a że w najbliższym czasie nie planuję powrotu do smolistych włosów, to pozbywam się około połowy z powyższego zbioru. Nie powinnam zapomnieć tu o postanowieniu, ze nic nowego nie kupię (pewnie przez najbliższe kilka lat). Najgorsze jest to, że właściwie nie mogę Wam nawet specjalnie polecić którejkolwiek ze swoich pomadek- Rimmel są dobre, ale szybko je zjadam, lubię jeszcze te czerwone pomadki w płynie Sephory, te trzymają się wiele godzin, w swoich zbiorach mam jakąś Pupę :-) I Channel, ale zupełnie nie wiem co w nich wyjątkowego, chyba pójdą do kosza (nieużywane zaczęły już dziwnie pachnieć)

Trochę lepiej jest z produktami do oczu, ale wciąż uważam ze trzy tusze do rzęs to za dużo (docelowo chcę mieć dwa, jeden na co dzień, drugi dający efekt WOW na wieczór), do tego jakiś kredki i eyeliner do oczu i żel do brwi, według mnie zupełnie zbędny.
Z tego zestawienie przynajmniej jeden produkt mogę pochwalić, to tusz Ultraflex marki PUPA (PUPA- zawsze podobała mi się ta nazwa), kupiony w Rossmannie. To była chyba niestety tylko chwilowa akcja, bo już nigdy więcej go tam nie widziałam. W każdym razie do niego może będę wracała regularnie. No i kredka  Loreal z gąbeczką też chyba zostanie- reszta do szybkiego wykończenia i do widzenie,.

Podkładów mam pięć, to według nie wciąż  o trzy za dużo. Chcę mieć dwa, może nawet lepsze, "markowe", byleby były trwałe (dotykam często twarzy więc szybko ścieram to co na nią nałożę)

Na szczęście większość tych podkładów jest na wykończeniu (Loreal jest ciemniejszy więc będę go używała jak zrobi się cieplej). Szkoda mi tylko kremu BB Skin79, dawał piękny efekt, ale bielił, więc nawet dla mnie tylko na zimę.
Pisałam, że najgorszym problemem są pomadki? Nie, to jednak lakiery do paznokci. Mam w swoich zbiorach zacną ilość lakierów starych i nie nadających się do użycia, nie mogłam ich jednak wyrzucić bo mała K się nimi bawiła, wiecie lakierowe rodzinki: mama, tata i kilkoro dzieci (jeśli były  tej samej marki), jako że rodzin się nie rozbija (miałam taką samą głupią zabawę kiedy byłam mała, tylko  że z guzikami) to lakiery zostawały, a co jakiś czas dochodziły nowe. Mała K jednak rośnie i teraz jest na etapie nałogowego naciągania mnie na zwierzątka w Rossmannie (tworzy  z nich później w przeróżnych kombinacjach rodziny), tak więc lakierowe rodziny mogą iść w niebyt, mam zamiar zostawić sobie jeden biurowy nudziak, jedną czerwień i jakiś ciemny fiolet, a dokupić będę musiała jakiś piękny letni róż, bo stary już się do niczego nie nadaję (był jednak matką więc długo gęstniał w pudełku).
Kosmetyki kosmetykami, a mnie czeka dalsze sprzątanie mieszkania, niestety rewanż w szachy nie wchodzi już w grę.
Pozdrawiam Was gorąco
K.

PS. Czy u Was też padał dziś śnieg?


niedziela, 22 marca 2015

Pięć ulubionych bohaterek filmowo-literackich

Maria Peszek śpiewała "są kobiety pistolety" takie pistolety znalazłam w popularnej literaturze i bardzo dobrych jej ekranizacjach. Przedstawię je Wam, oto pięć moich ulubionych bohaterek literacko-filmowych, pięć kobiet, każda inna, ale z każdą mogłabym się zaprzyjaźnić.

1. Ania Shirley- rudowłosa dziewczyna z Zielonego Wzgórza. Pokochałam ją za poetycką duszę, za rude warkocze i za tabliczkę rozbitą na głowie Gilberta. Fantazja, siła, upór w najpiękniejszym wydaniu. Anię głownie oglądam w świetnym notabene filmie,płacząc i śmiejąc się na przemian,

2. Lisbeth Salander- bohaterka trylogii "Millenium", Zbuntowana, super inteligentna> Pokochałam ją za sposób rozwiązania problemu ze swoim kuratorem, który był przemyślany i genialny. Książka jest doskonała,wciągająca i poruszająca, film (wersja szwedzka) również jest bardzo dobry a  Noomi Rapace doskonała. Wersja amerykańska dużo słabsza, pomimo nawet dobrej Rooney Mara w roli Lisbeth.
Lisbeth inspiruje mnie kiedy mam słabszy dzień, kiedy tracę wewnętrzną siłę i pewność, ja kupuję ją po prostu w całości.

3. Panna Marple - wiecie, ze uwielbiam Poirota, nie mogłoby więc być inaczej niż żebym pokochała również pannę Marple. Chociaż muszę przyznać, ze w wersji filmowej porwała mnie tylko Margaret Rutherford, pozostałe aktorki wcielające się w postać Marple były zbyt spokojne, oczywiście  je lubię, ale wracam zawsze do tej pierwszej, genialnej wersji.

4. Scarlett O`Hara- bohaterka "Przeminęło z wiatrem". Muszę przyznać, że oglądałam tylko film, choć wielokrotnie. Książkę też muszę w końcu przeczytać. Film jest arcydziełem, rola Vivien Leight to absolutne mistrzostwo. Za co kocham Scarlett? Za inteligencję, za upór, za miłość do Tary (ważniejszą według nie i lepiej pokazaną niż miłość do Retha) i za to, że nauczyła mnie, że o wszystkim można pomyśleć jutro, bowiem jutro też jest dzień.


5. Sarah Lund - detektyw policji, główna bohaterka w oryginale szwedzkiego serialu "the Killing" oraz książki na napisanej na jego podstawie. Ja polecam gorąco amerykańską wersję tego serialu nie schrzanionego hollywodzkim stylem. Sarah jest zwyczajna, łazi w starych golfach, wychowuje samotnie syna i nie radzi sobie z tym dobrze bo praca jest dla niej najważniejsza, a może to źle powiedziane,  nie praca ale złapanie mordercy Rosie Larsen jest priorytetem. Sarah jest tak prawdziwa, że niemalże czujesz zapach jej potu. Za co ją kocham- własnie za to ze jest prawdziwa, brzydka prawie, jest dociekliwa i spostrzegawcza.



Przypuszczam, że w tym zestawieniu najmniej znana jest Sarah, dlatego skorzystam z okazji, żeby Wam polecić serial The Killing, obie wersje, szwedzka i amerykańska są świetne, nie sa też identyczne dlatego warto obejrzeć obie. Amerykańską warto zobaczyć również ze względu na świetną postać partnera Sarah- Stephena Holdera.

Kto byłby w Waszym zestawieniu?

niedziela, 8 marca 2015

Niech się święci 8 marca

Pamiętacie czasy, kiedy 8 marca kobiety w zakładach pracy dostawały goździki i nylonowe rajstopy? Ja sama tego nie doświadczyłam, ale pamiętam że moja mama przynosiła te cuda do domu. PRL się skończył, rajstop już nie rozdają, kwiaty jeszcze czasem tak. Pamiętam jak trzy lata temu koledzy z pracy przynosili każdej pani (jest nas 12) po tulipanie z doczepioną karteczką z życzeniami, a na niej napisane "...obyś była w pracy wrażliwa i ckliwa" Ckliwa? W pracy? Po co? Wiem, że intencje były dobre, a oni chyba szukali na siłę rymów, gdyż całe życzenia były w formie wiersza, ale doprawdy czemu ten wiersz nie mógł być biały?
W wielu domach Dzień Kobiet obchodzony jest podobnie jak w pracy czyli syn czy mąż dał kwiat, złożył życzenia, pocałował, obdarowana i zapewne uśmiechnięta kobieta po prostu wracała do swoich codziennych obowiązków. Zawsze mi się wydawało, że nie tak powinno to wyglądać.
Miałam już ułożony w myślach cały wpis o feminizmie do opublikowania dziś, ale po pierwsze wena twórcza dopada mnie najczęściej w autobusie i niestety nie odtworzyłabym całej treści dzisiaj, po drugie w marcowej prasie jest cały wysyp artykułów na ten temat (niektóre naprawdę bardzo dobre, inne infantylne, wręcz krzywdzące). Od siebie dodam, że nie dziwię się, że kobiety czasami nie chcą się utożsamiać  z tym pojęciem, gdyż przedstawiany jest jego bardzo krzywdzący obraz (brzydka, gruba, nieszczęśliwa i samotna). Ale właśnie chodzi o to, żeby słowo na "f" odczarować bo feminista = demokrata, bo feminizm to równość społeczna, gospodarcza i polityczna. To jest sedno słowa na "f".
Dzień Kobiet to święto na cześć ruchu feministycznego, równościowego, szacunek i pamięć dla tych kobiet które kiedyś wyszły na ulice walczyć o prawa które dziś uważamy za oczywiste. Kiedyś ktoś się mnie pyta czy jestem feministka, nie dodaję "tak, ale...", odpowiadam,że jako demokratka to oczywiste. Jestem również feministką z szacunku dla kobiet, które o dzisiejszą równość walczyły. Gdybym nie doceniała odpowiednio walki sufrażystek to tak jakbyśmy oddali dziś wolność wywalczoną kiedyś przez naszych dziadków.
Jako "F" działam bardzo lokalnie, pomagam znajomym jeśli mnie poproszą, motywuję jak potrafię, wspieram, poprawiam cv jeśli jest taka potrzeba :-) Jestem zwolenniczką teorii, że nie trzeba wysyłać kilku złotych na ratowanie dzieci w Afryce, może lepiej odwiedzić babcię czy pomóc rodzicom (to nie znaczy, że mamy zostawić afrykańskie dzieci, ale nie zawsze trzeba szukać daleko). Dziś więc deklaruje tutaj, że jeśli masz problem i chcesz się wygadać, chcesz żebym "po przyjacielsku" sprawdziła ci cv lub list motywacyjny (jestem w  tym naprawdę dobra) lub jeśli mogę Ci w jakikolwiek sposób pomóc jak kobieta kobiecie to napisz jasodhara6@gmail.com. Wierzę Madeline Albright że w piekle jest specjalne miejsce dla kobiet nie pomagających innym kobietom.


A tak od serca i po ludzku: życzę Wam zdrowia i wszelkiej pomyślności, ambitnych planów i siły na ich realizację.