czwartek, 5 lutego 2015

Teoria wszystkiego


"we are just an advanced breed of monkeys on a minor planet of a very average star. But we can understand the Universe. That makes us something special" S.Hawking
Stało się. Wolny wieczór i kino. A film nie byle jaki, tylko długo wyczekiwana przeze mnie "Teoria wszystkiego"- fabularyzowana biografia jednego z najwybitniejszych naukowców świata.  Muszę przyznać, ze w tym panteonie jest moim ulubionym. Nie bez znaczenia jest pewnie jego choroba, której pomimo diagnozy lekarzy nie pozwala ze sobą wygrać. Ale mnie bardziej inspiruje jego ateizm, który w pewnym stopniu popchnął go do szukania prawdy o pochodzeniu wszechświata. Czy ją odkrył? Nie wiem,  może muszę choćby uwierzyć, że był na dobrej drodze, ot nauka jest religią ateistów jak powiedział sam Hawking.
Ale wracając do filmu: nie jest to historia z której da się zrobić coś trzymającego w napięciu, nie można tego nijak porównywać z "Pięknym umysłem", gdzie wokół historii bohatera dało się zbudować pewną akcję. Tutaj mamy za to wspaniale pokazaną miłość do nauki, miłość ogólnie, która nie zawsze jest w stanie przenosić góry, walkę z chorobą profesora, w której dzielnie, choć często ponad swoje siły towarzyszyła mu jego żona.
Ale powiem prawdę- dla kogoś kto nie interesuje się fizyką, a może raczej niekoniecznie interesuje, ale nie uczył się jej na studiach lub nie miał jej w rozszerzonym zakresie w liceum (nawet nie wiem jaki jest teraz program) film może okazać się trochę męczący.  Mimo to jest jeszcze jeden poważny powód dla którego "teorię wszystkiego" warto obejrzeć- genialna wręcz gra aktorska Eddiego Redmayne`a, rola zdecydowanie Oskarowa.
Nie rozpisując się- zdecydowanie polecam

K.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Mity i kity nt. macierzyństwa



Nie wiem czemu natchnęło mnie na wpis o macierzyństwie, K ma już ponad 7 lat i jest duża szansa że pozostanie moim jedynym dzieckiem. Może to ta cała histeria wokół tabletki "dzień po", która u szczytu szaleństwa była porównywana do Cyklonu B (czy kobiety są niczym hitlerowcy w obozach zagłady?). Antykoncepcja prewencyjna zła, awaryjna zła, aborcja zła, edukacja seksualna zła. Tylko rodzicielstwo (z wyboru czy nie) jest dobre. Kobieca rozrodczość znów narzędziem w rękach polityków, księży  i dziennikarzy.
I tak w tej atmosferze, jakby "przy okazji" przedstawię wam kity i mity których nie dałam sobie wcisnąć na temat macierzyństwa,

Stan błogosławiony- pamiętacie jak posłanka Wróbel mówiła, że określenie "ciąża" jest złe (no bo tak jakby ciąża ciążyła), zaś ona sama była w stanie błogosławionym? Uwierzcie mi, całą ciążę zniosłam fantastycznie, bez komplikacji ani nawet mdłości, ale przytyłam 30kg i naprawdę wszystko mi ciążyło. Poza tym jest to stan biologiczny, nie rozumiem czemu jako taki miałby być gorsz niż błogosławiony?

Dziecko w łonie- gdzie jest do cholery to łono? co to w ogóle za określenie? Jakaś fatalna pozostałość z czasów kiedy sądzono (a raczej dowodziła tego ówczesna "nauka" sprzed odkrcia komórki jajowej), ze mężczyzna zapładnia ziarenkiem, a kobieta jest jakby glebą.  Podobnie z dzieckiem noszonym pod sercem. Gdzie? na żołądku? Ja nosiłam dziecko w macicy i całkiem było mi z tym dobrze.

Pierś jedyna i słuszna- dobra, nie polemizuję z tym, że kobiece mleko jest dla dziecka najlepsze, ale uwaga, przyznaję tutaj wszem i wobec że karmiłam butelką z własnej woli a nawet o zgrozo dla wygody. Ot, 3 godzinne przerwy w ciągu dnia i nawet 6 godzinne w nocy. Wszyscy straszyli mnie, ze mała K będzie chorowała notorycznie, cóż nic takiego się nie działo, mała była okazem zdrowia i nawet po pójściu do przedszkola nie chorowała często. Wśród dzieci znajomych nie zauważyłam wyraźnej zależności między odpornością a karmieniem piersią, masa "cycowych" dzieci chorowała w systemie 1tydz zdrowe/3tyg chore. Co wiec było sekretem dobrego zdrowia K? Spacery, spacery i jeszcze raz spacery. Od kiedy można było już wychodzić to jeździliśmy z wózkiem (głownie moi cudowni rodzice) 3 razy dziennie po prawie 2 godz. Niezależnie od pory roku.

Bycie z dzieckiem pierwsze trzy lata (jego) życia- ok, super rozwiązanie ale nie dla mnie- po pierwsze nie dałabym rady, po drugie za moich czasów urlop macierzyński trwał chyba 18 albo 20 tygodni, do pracy musiałam więc wrócić zostawiając maleńkie dziecko. Na szczęście K miała najlepszych opiekunów- moich rodziców na pełen etat, nie ma lepszych nianiek niż babcia i dziadek opiekujących się swoją wyczekaną jedyną wnuczką. Powiem szczerze, że ja osobiście nie czuję że coś straciłam.

Pierwsze słowa i kroki- pierwszych słów wysłuchiwałam jeszcze przy gaworzeniu, jestem pewna że dość szybko wysłuchałam magiczne "mama", pierwszy samodzielny krok też chyba widziałam, ale szczerze mówiąc nie jestem pewna i nie obchodzi mnie to. Przez te lata było wiele kroków i słów skierowanych tylko do mnie, każde cieszy mnie za każdym razem bardziej. Wzruszam się tak samo kiedy "kocham cię" słyszałam od 3 latki jak i teraz od 7 letniej wyrośniętej dziewczynki. Z racji mojej aktywności zawodowej zdarzało mi się opuszczać niektóre wydarzenia i uroczystości, ale jeśli tylko nigdzie nie wyjechałam to zawsze starałam się być.

Instynkt macierzyński - nie wiem do tej pory czym jest? czym rożni się od ojcowskiego? Czy oznacza irracjonalną tęsknotę za posiadaniem potomstwa? Czy młodzi mężczyźni nie marzą o rodzinie i dzieciach?  A może to typowo zwierzęce odruchy jak wtedy kiedy po urodzenie dali mi Kasię, żebym ją zobaczyła i pocałowała (miałam cesarkę wiec nikt mi jej na brzuch nie położył) a ja nie chciałam jej całować, ale ją obwąchałam. I ten zapach pamiętam do dziś.

Acha, zapomniałabym o jednym- jeśli rodziłaś przez cesarkę to nie rodziłaś wcale :-)

Macie coś co warto byłoby dodać do tej listy?

Pozdrawiam
K.


.