środa, 11 listopada 2015

Sufrażystka

W sobotę wyciągnęłam P do kina, kiedy wszyscy szli na nowego Bonda, ja zabrałam tego biedaka, który ledwie przeszedł  grypę żołądkowa na "Sufrażystkę". Podczas seansu próbował przysypiać, ale ostrzegłam go, że jeśli uśnie to zrobię mu w domu wykład z praw kobiet.

Film jest historią walki o prawo wyborcze kobiet w Wielkiej Brytanii w roku 1912, nie ma tu wartkiej akcji, ot porządnie opowiedziana historia którą według mnie każda kobieta znać powinna. Film reklamowany jest głownie rolą Meryl Streep która grała Emmeline Pankhurst jedną z założycielek i przywódczyń ruchu sufrażystek. Prawda jest taka, że Emmeline przemawia do kobiet w filmie przez około 3 minuty i to cała rola Meryl. A film broni się swoją fabułą i rolami głównej bohaterki Maud granej przez Carey Mulligan oraz  genialnej Heleny Bohnam Carter jako Edith Ellyn.

Moim zdaniem Sufrażystka to film obowiązkowy dla wszystkich tych którzy nie korzystają ze swoich praw- głównie wyborczego, uważają przecież, że jeden głos nic nie zmieni. To film dla wszystkich antyfeministek, które mówią "nie jestem feministką , nie lubię ich, o co im chodzi? przecież mamy równe prawa, a tak w ogóle to chcę, żeby  panowie otwierali mi drzwi i całowali w dłoń"
A więc drogie "Anty",swoje równe prawa zawdzięczacie kobietom, które wyszły kiedyś na ulice, narażone na przemoc, aresztowania i szykany i starały się latami poprawić sytuację swoją i swoich córek. Ktoś kiedyś oddał życie abyśmy mogły władzę wybierać i sprawować, abyśmy mogły uczyć się i w pełni korzystać z praw człowieka które kiedyś kobietom po prostu nie przysługiwały.

Dziś jest 11 Listopada, Święto Niepodległości. Ktoś kiedyś tą niepodległość dla nas wywalczył, ale nawet wywalczona nie jest nam dana raz na zawsze. Niemniej szanujemy tych którzy o tą wolność walczyli, szanujmy tez te kobiety które walczyły o nasze prawa i nie pozbywajmy się ich na własne życzenie. Znam kobiety które głosują tak jak ich mężowie, bo swoich poglądów nie mają i ufają tylko ocenie męża, znam pary w których kobiety zrzekły się praw do podejmowania decyzji w domu, bo głowa rodziny może być tylko jedna, poza tym preferują tzw tradycyjny podział ról. Do cholery kiedy tradycyjną rolą kobiety było wyłączone myślenie? Dodam to tego moje obawy co do obecnej sytuacji politycznej w Polsce- Mieliśmy już tego przedsmak ok 2 miesiące temu kiedy debatowano nad całkowitym zakazem aborcji. Teraz większość bezwzględna PISu pozwoli im na odebranie kobietom prawa decydowania o sobie nawet w sytuacji ciąży z gwałtu, w sytuacji zagrożenia życia (to dla mnie będzie zbrodnia) czy nieuleczalnej choroby płodu/ dziecka. Taka zmiana będzie oznaczała jedno kompletne pozbawienie praw do decydowania o swoim życiu. Bo póki co mamy możliwość, prawo do przerwania ciąży w tych trzech wyjątkowych i wystarczająco bolesnych dla kobiet sytuacjach, ale jest to wciąż prawo do podjęcia decyzji, a nie obowiązek.

Całowanie w dłoń czy puszczanie przodem w drzwiach nie ma tu nic do rzeczy, lubisz to lubisz, nie musisz zgadzać się z panią Szczuką czy Środą, feminizm to nie religia i nie sekta, nie musisz nawet być zwolenniczką tego "strasznego Gender". Uczciwie jednak należy docenić co ruch kobiecy zrobił dla poprawy życia ludzi, a przynajmniej dla połowy ludzkiej populacji.

W Polsce sytuacja kobiet jest bardzo dobra porównując z wieloma innymi krajami zwłaszcza z poza Europy, ale to nie znaczy że jest idealnie i że nic nie można zrobić. Czy wiecie ze nierówności płacowe są wciąż tak duże, ze właściwie kobiety pracują 2 miesiące w roku zupełnie za darmo? Więc teraz proszę wszystkie "anty", które chciałyby p[pracować 2 miesiące bez wynagrodzenia o zgłoszenie się.

PS. ja nie lubię całowania w dłoń, nie lubię kiedy ktokolwiek narusza moją strefę komfortu, zresztą skoro całuje mnie w dłoń to czemu nie w usta, głowę czy jakiekolwiek inne miejsce (wg fantazji). Co do przepuszczania w  drzwiach to jest mi obojętnie, jak idę pierwsza to ja przytrzymam drzwi tym co idą za mną, nie czekam jak kaleka, żeby ktoś mi je otworzył. Ale poza tym większość panów nie potrafi prawidłowo tego zrobić, bo kiedy drzwi otwierają się na zewnątrz należy wyjść i przytrzymać je z drugiej strony, a oni sterczą w samym przejściu próbując powstrzymać wyciągniętą ręką, żeby otwarte skrzydło nie zamknęło nam się na twarzy. Tak wiec musimy się wówczas ocierać w przejściu o takiego gentelmana i ryzykujemy, że jego silne ramię nie powstrzyma jednak drzwi domykanych na grubej sprężynie. Poza tym lubię powiedzenie "jeśli ktoś otwiera przed tobą drzwi, ma również prawo je przed tobą zamknąć"

Pozdrawiam
K.

piątek, 30 października 2015

Skills Box 2 - czyli dawka inspiracji na listopad

Drugie pudełko SkillsBox trafiło dziś w moje ręce. Cieszyłam się jak dziecko rozpakowując ciężką paczkę.
Na powitanie inspirujący cytat ( w moim przypadku idealnie dopasowany do sytuacji w jakiej się obecnie znajduję)

W środku jak dotychczas herbaty, przewodnik po zawartości i koperta inspiracji (głownie promocje i rabaty)

Bohaterami tego pudełka są:
1. Książka o skutecznym zarządzaniu "Poszukiwanie doskonałości w biznesie" Thomasa J.Petersa i Roberta H.Watermana

2.HAPPY LISTczyli inspirujące listy (w czym jestem dobra/ o czym marzę itd)

3"Terminarz coachingowy 2016. Rok pozytywnych zmian".

4. Torba na zakupy Niby zwykła torba ale z przesłaniem :-)

Czy jestem zadowolona? TAK. Książkę przeczytam, w "inspirujące listy" się pobawię- w ramach autoanalizy. kalendarz jest super, pięknie wykonany, duży, ciężki i pełen inspiracji, ale nie jestem pewna czy będę z niego korzystała, bo napaliłam się już na inny. Zobaczę, może jednak przy nim zostanę, jak nie to komuś sprezentuję.

Tym razem kot nie towarzyszył mi podczas odpakowywania. Byliśmy pogniewani za poranne obsikanie mojego łózka :-)

Pozdrawiam Was gorąco
K.

niedziela, 25 października 2015

Moje 35 urodziny

35 lat minęło... na szczęście nie jak jeden dzień.

Bilans tych lat jest dodatni, dzieciństwo typowe dla wszystkich dzieci z lat 80-tych czyli zabawy na podwórku z kolegami i koleżankami, samotne powroty ze szkoły z kluczem na szyi (uwielbiałam być sama w domu), szkołę średnia wspominam bardzo miło, studia doceniam dopiero teraz i żałuje ze nie chciało chodzić mi się na wykłady (jestem strasznym leniem),  Czy bym coś zmieniła? Z jednej strony nie, bo podoba mi się moje życie teraz, ale jedyne czego żałuję to że nie spróbowałam drugi raz zdawać na medycynę, zmieniłabym tylko to.
Ostatnie 10 lat to już życie zawodowo - rodzinne. Córka to moje oczko w głowie, moja duma i radość. Praca, jak to praca zawsze można zmienić. Nazywanie ośmiogodzinnego siedzenia za biurkiem karierą jest poważnym nadużyciem,  ale jestem dobrze za nie wynagradzana więc generalnie nie narzekam, ale czuję już powoli wypalenie.
 Oznak upływającego czasu nie odczuwam, nie mam zmarszczek, albo po prostu ich nie zauważam, grawitacja odbija się już na jędrności mojego ciała, ale ono i tak podoba mi się bardziej niż 15 lat temu, akceptuję siebie w 100%.
Z wiekiem przyszła do mnie akceptacja, ale stępiły mi się pazury, kiedyś byłam nieustraszona, dziś częściej odpuszczam i wycofuję się, wolę spokój. Ale czasem tęsknię za tą pyskatą Kaśką która nie szła nigdy na kompromisy, chciałbym żeby chociaż częściej mnie odwiedzała jeśli nie może wrócić na stałe.
A co przede mną? Mam nadzieję, ze jeszcze wiele się wydarzy. Tęsknię za nauką więc może jakieś studia podyplomowe? Może aikido kiedy za miesiąc P wróci z kursu? Mała Kasia jest coraz większa i ja mam już więcej czasu dla siebie, ćwiczę, mam zamiar być długo zdrowa i atrakcyjna, planuje wrócić do praktykowania Zazen. Przede mną jeszcze dużo nowego...

niedziela, 18 października 2015

Tydzień z książką- "W sieci korzyści. Jak wykorzystać LinkedIn w kontaktach zawodowych"

Oprócz kryminałów czytam tez ciekawe poradniki. Jako iż jestem na etapie zawirowań zawodowych, zastanawiam się nad zmianami, obraniem zupełnie nowego kursu, stwierdziłam że dobrze wypełniony profil w LinkedIn będzie mi pomocny. Sięgnęłam więc po "Jak wykorzystać LinkedIn w kontaktach zawodowych", Wayna Breitbartha.



Czym jest LinkedIn?
LinkedIn jest czymś w rodzaju Facebooka dla specjalistów. Może być twoim wirtualnym CV jeśli szukasz pracy lub bazą potencjalnych pracowników jeśli akurat chcesz kogoś zatrudnić lub jesteś rekruterem.

Dla kogo?
Odpowiedź jest prosta: dla każdego. Niezależnie od tego czy aktualnie szukasz nowej pracy czy nie, profil w LinkedIn może być Twoją zawodową wizytówką, Jeśli jesteś studentem, nie masz dużego doświadczenia, ale np. udzielasz się jako wolontariusz,lub działasz w rożnych organizacjach, stowarzyszeniach w LinkedIn masz również możliwość podkreślić ten rodzaj aktywności i zwrócić na siebie potencjalnych pracodawców.
I wreszcie dla przedsiębiorców, jako wizytówka Waszej firmy.

Jakie rady znajdziecie w książce?
Autor uczy jak wykorzystać wszystkie możliwości (warto zwrócić uwagę., że głównie darmowej wersji)  konta LinkedIn, tak aby w 100% wykorzystać jego potencjał.  jest to książka zarówno dla osób które swoją przygodę z portalem dopiero rozpoczynają jak również dla osób które konto już mają, ale chcą je uzupełnić i wykorzystać w pełni . Do tej drugiej grupy należę ja.

Dowiecie się jak założyć konto, dlaczego odpowiednie zdjęcie to połowa sukcesu, jak wypełnić profil aby był atrakcyjny dla waszych przyszłych pracodawców, klientów lub przyszłych partnerów, jak budować sieć kontaktów, czym i jak ważne są rekomendacje, słowem wszystko co musicie wiedzieć aby Wasza kariera ruszyła z miejsca.

Sama będę modyfikowała swój profil. Obecny jest dość nędzny (chyba tylko mój Facebook z imieniem i nazwiskiem wygląda gorzej), wypełniony po angielsku (obawiam się o jakość tłumaczenia), bez zdjęcia, tylko podstawowe informacje. Mam zamiar zmienić profil podążając za wskazówkami  z książki, jeśli pozostanę przy wersji angielskiej to poproszę o kogoś o pomoc w tłumaczeniu żeby nie wpaść na głupich błędach jeśli zależy mi na profesjonalnym profilu. . W każdym razie jako uzupełnienie dzisiejszego wpisu podzielę się z Wami moimi uwagami i spostrzeżeniami z uzupełniania własnego profilu w następnych tygodniach

Warto wspomnieć słowo o autorze, którego historia pokazuje jak przypadkiem można znaleźć na siebie pomysł. Wayne Breitbarth zajmował się (i wciąż się zajmuje) sprzedażą mebli biurowych, potem poznał LinkedIn, zagłębiał się w jego tajniki po to, żeby stworzyć wizytówkę własnej firmy, a w końcu zaczął  dzielić się z ludźmi na całym świecie swoją wiedzą i doświadczeniem w zakresie tego portalu stając się oficjalnym,ale niezależnym trenerem LinkedIn.

Pozdrawiam
K.

niedziela, 11 października 2015

Tydzień z książką- MROCZNY ZAKĄTEK

Statystyczny Polak czyta mniej niż jedną książkę rocznie. Dla mnie to niewyobrażalne, ponieważ ja kocham czytać i robię to w każdej wolnej chwili (ale głownie podczas godzinnej jazdy autobusem do lub z pracy). Nie lubię dzielenia literatury na tą gorszą i lepszą, "wiekopomne' dzieła omawialiśmy wszyscy w szkole, w dorosłym życiu wg mnie najważniejsze to czytać w ogóle. tak więc wolę ludzi czytających erotyczne przygody Crossa lub Greya czy kryminały (które jeszcze kilka lat temu tez były uważane za literaturę gorszego sortu) niż "statystycznego Polaka".
Przyznaję od razu- ja kocham kryminały i te czytam najczęściej. Nie uważam ich za ogłupiające czy nic nie wnoszące, otóż kryminały uczą logicznego myślenia, kojarzenia faktów, poza tym jak każda inna książka są pożywką dla naszego mózgu z samego faktu, że są właśnie czytane.
Staram się czytać minimum jedną książkę tygodniowo (oczywiście zależy od jej objętości) i w związku z tym postanowiłam w każdą niedzielę cyklicznie dodawać wpis na temat ostatnio przeczytanej pozycji w mojej bibliotece. A przy okazji muszę przyznać że i moja biblioteka zmieniła wygląd- otóż kupiłam sobie czytnik ebooków. szczerze nie sądziłam że się do niego przekonam, a teraz ciężko wyobrazić mi sobie zabranie do autobusu wydania papierowego. kocham zapach papieru, jego teksturę i wygląd grzbietów równo ułożonych książek na półce, ale prawda jest taka, że miejsca na moje zbiory już praktycznie nie mam, więc mój Kindle (bo taki posiadam) jest dla mnie bardzo wygodny.
Ale wracając do ostatnio przeczytanej powieści:
to "Mroczny zakątek" Gillian Flynn

Gillian Flynn to również autorka  słynnej"Zaginionej dziewczyny" i "Ostrych przedmiotów" .
W "Mrocznym zakątku" mamy tajemnicę masakry rodziny Dayów, z której z życiem uszła tylko ośmioletnia Libby Day. Skazany za tą zbrodnię jest brat Libby -Ben. Po prawie 20 latach od tych wydarzeń Libby będzie się musiał zmierzyć ponownie z przeszłością (ach brzmi to jak recenzja z plakatu słabego filmu). W książce przeplatają się opowieści z dnia masakry i równolegle z "współczesności" - taka retrospekcja jest charakterystyczna dla kryminałów Camilli Lackberg.
Nie będę zdradzać Wam zakończenia, to jasne, ale powiem Wam że nawet mnie "opadła szczęka". Jeśli nie lubicie tradycyjnych kryminałów ze staroświeckim detektywem lub policjantem (głownie emerytowanym i poturbowanym życiowo) to gorąco Wam polecam książki Flynn, to są bardziej thrillery z zarysowanymi fantastycznymi kobiecymi postaciami. Nie lubiłam Libby Day na początku, była leniem i cwaniarą, ale potem., w miarę rozwoju akcji zmieniała się, jakby dojrzewała.
W "Zaginionej dziewczynie" i "Ostrych przedmiotach" główne bohaterki są równie ciekawe, ale każda jest inna, to znaczy że autorka nie idzie na łatwiznę, ale ma dla nas przygotowaną naprawdę dopracowaną opowieść. Wszystkie trzy książki Wam polecam, ale szczerze to własnie "Mroczny zakątek" podobał mi się najbardziej, trzymał w napięciu tak, że byłam gotowa jeździć od pętli do pętli i nie iść do pracy :-)

Udanego tygodnia
K.

piątek, 2 października 2015

SKILLS BOX- pudelko niespodzianka dla ambitnych kobiet.

Lubię ideę boxów- pudełek niespodzianek. Subskrybowałam już Glossybox z kosmetykami, które w początkowym założeniu  miały być luksusowe, a okazało się, że w większości były to produkty drogeryjne. I o ile miałam radość z comiesięcznego odpakowywania pudełek, to już z testowania kosmetyków na które spokojnie mogłabym sobie sama pozwolić nie wzbudzało we mnie żadnych pozytywnych emocji. W efekcie końcowym muszę stwierdzić, że były to pieniądze wyrzucone w błoto, bo za te kilka stówek (zamówiłam minimum 10 pudełek) mogłabym kupić kilka produktów "z wyższej półki".
Subskrybowałam tez pudełka CUD MIÓD, to była już ciekawsza inicjatywa, bowiem co miesiąc dostawałam zestaw zdrowych produktów spożywczych, często z polskich rodzinnych małych manufaktur. Zdarzało mi się, ze coś nie było w moim guście kulinarnym, ale prawda jest taka, że większości produktów lub producentów nie znałam więc istniała mała szansa żebym kupiła je sama. CUD MIÓD nie był więc porażką finansową, a miłą choć zaledwie trzymiesięczną przygodą.

Jakiś czas temu przeczytałam o raczkującej wówczas inicjatywie dla przedsiębiorczych, ambitnych lub spragnionych motywacji (to ja) kobiet - SKILLS BOX. Szybko zasubskrybowałam pudełka i z niecierpliwością czekałam na pierwsze z nich.

I oto wczoraj je otrzymałam.

Pudełko ozdobione jest grafiką Gosi Zimniak z Bloga Freelancerki


W środku zapakowane produkty i przewodnik po zawartości  październikowego Skills Box

Według rady z przewodnika zaparzyłam jedną z trzech herbat , które nalazły się w środku, usiadłam wygodnie na podłodze z kotem i Małą K i przeglądałam prezenty.
A tam:
Karteczki memo FINGER-IT,  "lista rzeczy do zrobienia" od Dobrze Zorganizowanej

Notes włoskiej marki Moleskine oraz książka "Zakamarki marki. Rzeczy, o których mogłeś nie wiedzieć, zapomnieć lub pominąć podczas budowania swojej marki" Pawła Tkaczyka

Oraz "dziennik coachingowy. 365 pytań od twojego coacha" Kamili Rowińskiej  i Kamili Kozioł
 Dodatkowo koperta inspiracji, w której znalazły się zakładki motywacyjne, bony rabatowe na rożne szkolenia coachingowe i mini trening pozytywnego myślenia Marty Żubryckiej

 Podsumowując- kot zachwycony. ja bardzo zadowolona. Bo pudełko okazało się ciekawą, wyjątkowa inicjatywą.
Miesięczna subskrypcja kosztuje 99PLN, ja zamówiłam trzy pudełka za 282PLN, półroczna subskrypcja kosztuje 534PLN
Czy się zwróciło? Chyba tak, choć w przewodniku nie ma podanych cen załączonych produktów, ale sama książka "zakamarki marki" kosztuje (wg.ceny tylnej okładce) 39,00zł, a "dziennik coachingowy" wg kuponu rabatowego w cenie regularnej kosztuje 77zł
Nie mogę się doczekać następnego pudełka, które dostanę ok 30 października. Jeśli chcecie dostać listopadowy box, musicie złożyć zamówienie do 20.10.
Polecam, jeśli tak jak ja lubiecie wszelkie motywacyjne akcje.
Pozdrawiam
K.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Mój mały sukces

Nie wierzę, że nie było mnie tutaj ponad cztery miesiące. Niestety jakoś to tak bywa, że wena twórcza przychodzi mi głownie w autobusie,, uwierzcie mi tworzę w myślach wspaniałe treści, które z chwilą kiedy opuszczam autobus po prostu wylatują mi z głowy.
Co u mnie nowego? Przefarbowałam się z rudości na blond, odpowiednio dobrany odcień wpadający lekko w popielaty pasuje mi. Przerzuciłam się tez na czytnik ebooków. Kocham książki papierowe, ich zapach i teksturę, ale nie mam odpowiedniej ilości regału i zmuszona byłam chować moje zasoby w komodzie. Tak więc w moim domu zagościł Kindle z którego oczywiście jestem zadowolona, ale czy tylko ja uważam, że ebooki są stanowczo za drogie w porównaniu do wersji papierowych? Wiele razy w promocji kupiłam papierową wersję taniej niż stała cena ebooka, wg mnie to trochę bez sensu, ale szczerze mówiąc gdybym była wydawcą tez chciałabym zarobić na popularności czytników, Duża nowość- rower. Matko, to mój pierwszy rower w życiu (mam starszego brata więc w dzieciństwie w oczach rodziców to było oczywiste ze wystarczy nam jeden, Nie wystarczał. A później przez długi czas unikałam aktywności fizycznej)
Dziś chciałam obwieścić mój sukces, otóż pojechałam tym rowerem do pracy, a co ważniejsze wróciłam też do domu. Biorąc pod uwagę moje małe doświadczenie z rowerem i fakt, ze mam go dopiero dwa tygodnie uważam tą jazdę za swoją mały osobisty sukces., dystans był nie mały: 23km w jedną stroną (przemilczmy czas w jaki pokonałam te odległości).
Wiecie co? od jakiegoś czasu po prostu wszystko mi się chce, jestem zmotywowana, mam energię, nie kłócę się z P, mam więcej cierpliwości do Małej K. A wczoraj przeczytałam najbardziej inspirujący tekst jaki kiedykolwiek czytałam, motywujący wpis o bezsensie ciągłej motywacji i wiecznego planowania, to cudo na blogu Moniki Kamińskiej. czytajcie i bierzcie się za realizację swoich planów.
PS. Planowałam wrzucić tu zdjęcie zrobione w czasie jady (a raczej tuż po), ale stylowe zdjęcie mojej kierownicy niestety wygląda jak zdjęcie metalowego krzyża.
Buziaki

środa, 8 kwietnia 2015

Spokojny, samotny wieczór

Dziś właściwie bez tematu, ot taki luźny wpis, nawet nie opatrzony obowiązkowym podobno zdjęciem. Mogłabym cyknąć fotkę swojej herbacie, ale kubek brzydki. Nie jest to tania ironia, po prostu najczęściej do wpisów o podobnej lekkiej tematyce dodawane są fotografie popijanej kawy lub herbaty.  Otóż mam wolny wieczór, nikogo nie ma w domu, P wyjechał, K u dziadka, tylko ja i kotka w domu. I tak leżę i popijam faktycznie tą zieloną herbatę, do tego co jakiś czas grzeszę... podjadając dyskontowe Krówki, a miałam przecież nie jeść. Łakoma jestem strasznie, znów odpuściłam ćwiczenia (ale zaraz biorę się za nie z powrotem) i hoduję oponkę. Od jutra obiecuję, że słodyczy nie tknę. Ja nie jestem chyba zwolenniczką metody drobnych kroków,. trudno mi się do czegoś zmotywować, ale rzucenie czegoś (lub kogoś) zawsze przychodziło mi lżej. Nie mogę jednak powiedzieć "ograniczam czekoladę" ale "nie jem czekolady". To tak jak zrobiłam z mięsem, pewnego dnia powiedziałam "nie jem" i na drugi dzień nie czułam, już nawet takiej potrzeby.
Przypomniało mi się jak moja mama rzucała palenie prawie 30 lat temu- chodziła wtedy ze swoim kuzynem na akupunkturę, potem wracali do domu i mówili "musimy spróbować czy nam smakują papierosy" i tak próbowali. Po zabiegu papierosy nie smakowały, ale musieli sprawdzić po jakim czasie posmakują i w ten sposób akupunktura choć skuteczna nie pomogła im w walce z nałogiem. Dopiero względy zdrowotne sprawiły, że nagle i skutecznie rzuciła palenie. Podobnie zrobiła jej siostra i tata- rzucili wieloletnie nałogi z dnia na dzień. Uważam, że w moim przypadku słodycze to też nałóg, kradnę je nawet po kryjomu małej K, tłumaczę sobie, ze właściwie jej pomagam, no bo ona też nie powinna... Ech, czy okłamywanie samej siebie nie jest jednym kolejnym z objawów uzależnienia?

Rzucę te cholerne słodycze choćby też z takiego powodu, żeby cała moja filozofia życiowa była bardziej wiarygodna, P nie lubi kiedy na imprezach nie jem mięsa tłumacząc, ze nie chodzi tylko o względy moralne, ale też zdrowotne (znacznie lepiej się czuję nie jedząc mięsa, odeszło dużo lekkich acz uciążliwych dolegliwości) a jednocześnie wpierdzielam ciastka i czipsy (przysięgam, chipsy tylko na imprezach jem). Ma rację, bo jeśli mówię już o zdrowiu to jedzenie słodyczy (może poza gorzką czekoladą) nie ma żadnego dobrego wpływu na nasz organizm,
A skoro mowa o jedzeniu, to P wyjechał na połów dorsza. Hehe, niczym mężczyzna idący na polowanie. I tak sobie żyjemy, ja ze swoimi warzywkami, on zawalający mi szuflady w zamrażarce ubitym świniakiem od rodziny, ja z buddyjskim "nie zabijaj żadnej żyjącej istoty", on jadący  z kolegami nad morze z centrum Polski po to, żeby połowić dorsza. Ale mimo nawet takich różnic udaje nam się dogadać.

No dobra, czas kończyć te niewiele wnoszące przemyślenia. Włączę sobie trzeci odcinek "House of cards" który dopiero odkryłam i pójdę spać. Jutro chcę być dużo wcześniej w pracy, żeby na spokojnie nadrobić zaległości.

Dobranoc
K

piątek, 3 kwietnia 2015

Jak przygotować dobre CV?


Na początek uraczę Was truizmem, a właściwie banałem: CV to podstawa, chociaż powinnam dodać i wyraźnie podkreślić - DOBRE CV.
Taki dobrze przygotowany życiorys zawodowy powinniśmy mieć na każdym etapie kariery, uaktualniając je tylko i dostosowując nieznacznie w przypadku kiedy chcemy lub musimy go użyć.

Jakiś czas temu moja koleżanka postanowiła zmienić pracę, ot przyszedł czas, kiedy trzeba zaryzykować i postawić na rozwój. Przygotowała sobie CV, list motywacyjny i odpowiadała na interesujące ją stanowiska. Po jakimś czasie spotkałyśmy się na kawie, a ona zaczęła płakać. Po kilku tygodniach szukania pracy i wysłaniu kilkunastu aplikacji nie było ani jednej odpowiedzi. Wyobraźcie sobie jak ona się czuła, dziewczyna która uważała, że ma coś w głowie, nagle poczuła się jak zero , powiedziała, że czuje się nic nie warta. Powiedziałam jej więc żeby przesłała mi swoje CV i LM, a ja rzucę okiem. To co zobaczyłam to był koszmar, dziewczyna która od wielu lat w pracy pisze różne raporty nie potrafiła przygotować dobrze sformatowanego dokumentu tekstowego, tzn przypuszczam, że technicznie potrafiła, ale pewnie pierwszy zarys powstał pod wpływem impulsu i nigdy nie został dopracowany. Czcionki- wolna amerykanka, wszystko porozjeżdżane, doświadczenie zawodowe opisane jednym zdaniem, pominięte awanse wewnętrzne itd. 
I właśnie na tych awansach wewnętrznych kazałam się jej skupić, czytałam kiedyś i bardzo utkwiło mi to w pamięci, że właśnie to jest wysoko cenione, bowiem najłatwiej awansować zmieniając pracę, a trudniej wewnątrz jednej organizacji. I wiecie co? Sukces! Jej i mój również (nieskromnie, ale tak uważam), bowiem coś zaczęło się dziać. W rezultacie moja koleżanka znalazła nową pracę, a na rozmowie usłyszała, ze bardzo spodobało się im jej dobrze przygotowane CV, opisane doświadczenie i własnie te wewnętrzne awanse. 
Ale właściwie nie miała to być historia o tym jak napisałyśmy świetną aplikację, morał miał być taki, żeby do pisania dokumentów aplikacyjnych solidnie się przyłożyć. Moja koleżka jest sumienna i dokładna (moje zupełne przeciwieństwo), ale kiedy zobaczyłam jej CV to przysięgam, że gdybym rekrutowała to od razu pomyślałabym, że ktoś nie podchodzi do tematu serio, że po prostu jaja sobie robi.

A tutaj ciekawostka: czy piszecie w CV przy swoich danych osobowych imiona rodziców? Czy wiecie że wg prawa powinniście je podawać? Sama dowiedziałam się o tym niedawno, kiedy natknęłam się na poniżą informację:. 
CV i listy motywacyjne powinny zawierać zakres informacji określony w art. 221 § 1 ustawy z dnia 26 czerwca 1974 r. Kodeks pracy (t.j. Dz. U. z 1998 r. Nr 21, poz. 94 ze zm.) tj. imię (imiona) i nazwisko, imiona rodziców, datę urodzenia, miejsce zamieszkania (adres do korespondencji), wykształcenie, przebieg dotychczasowego zatrudnienia.

A w dodatku:
W przypadku podania szerszego zakresu danych, niż wskazany powyżej, CV i listy motywacyjne nie opatrzone klauzulą „Stosownie do art. 23 ust. 1 pkt 1 ustawy o ochronie danych osobowych, wyrażam zgodę na przetwarzanie przez TUTAJ NAZWA I ADRES FIRMY, moich danych osobowych w zakresie zawartym w niniejszym CV/liście motywacyjnym w celu przeprowadzenia rekrutacji.” nie będą rozpatrywane i zostaną usunięte.

Jestem pewna, że większość z nas podawała na końcu bądź w stopce dokuemntu jedynie klauzulę:

Wyrażam zgodę na przetwarzanie danych osobowych zawartych w ofercie pracy dla potrzeb realizacji procesu rekrutacji (zgodnie z Ustawą z dnia 29.08.1997 r. o ochronie danych osobowych Dz. U. nr 133, poz. 883).


Najważniejsze więc, żeby uważnie czytać wymogi, które podają konkretne firmy odnośnie rekrutacji jakie są w ogłoszeniu lub na stronie danej firmy (najczęściej w zakładce "Rekrutacja" lub "Kariera".

PS. Czy wiecie, ze okazało się, ze sama nie miałam w domu swojego CV? Było  na starym, skradzionym rok temu komputerze, a teraz kiedy i ja stwierdziłąm, ze to najlepszy czas na rozejrzenie się za czymś nowym okazało się, że muszę przygotowywać wszystko od początku.

Powodzenia wszystkim szukającym pracy.
K.

wtorek, 31 marca 2015

Odgruzowanie przestrzeni- kosmetyki kolorowe

Do dzisiejszego wpisu natchnął mnie niestety częściowo obowiązek wiosennych porządków, muszę Wam przyznać, że nawet u mnie w domu ciężko o równouprawnienie w te kwestii, ot mój kohabilitant (czyż nie urocze określenie konkubenta?) zrobi wszystko aby wywinąć się z tego smutnego obowiązku. Ale biorąc pod uwagę fakt, że P uwielbia rywalizację postanowiłam rozstrzygnąć coroczny wiosenny spór w nasz klasyczny sposób- grę w szachy. Graliśmy do trzech wygranych i niestety przegrałam 2:3. Tak więc ogarnięcie całego domu jest na moich barkach (a tak niewiele brakowało). Póki co udało mi się ogarnąć szafę ze swoimi ubraniami i łazienkę, dłuższy postój zrobiłam przy toaletce, gdzie musiałam stoczyć bój sama z sobą o kolorowe kosmetyki, bo najchętniej wyrzuciłabym wszystko do kosza i kupiła minimalistyczny nowy zestaw naprawdę niezbędnych rzeczy, ale z drugiej szkoda pieniędzy które kiedyś wydałam, tak więc postanowiłam że zrobię selekcję ale również sumiennie będę wykańczała zalegającą kolorówkę.
A w ogóle to jestem p[od wielkim wrażeniem minimalizmu, co prawda ja nie uważam się za minimalistkę, nie będę raczyła Was wpisami z tej kategorii, nie miej każdy może choć trochę skorzystać z jego zasad.
A czy uważacie, że minimalizm jest tylko chwilowym trendem? Mam nadzieję, że nie, że to raczej odpowiedź na szalony konsumpcjonizm, odpowiedź do której jako społeczeństwo musieliśmy dojrzeć. Pamiętam, że pierwszy raz się zetknęłam z tym pojęciem w kontekście ludzi którzy porzucili pracę w korporacji (stara historia) i ograniczyli ilość otaczających ich rzeczy do takiego minimum, że mogli w każdej chwili spakować się w plecak i ruszyć przez siebie. Później minimalizm zyskiwał bardziej przystępne oblicze, uczyliśmy się organizować swoje szafy i wyrzucać zbędne przedmioty. Nawet blogerki / vlogeriki urodowe, które jeszcze 3 lata temu pokazywały "kolekcję kosmetyków" zaczęły ograniczać ich ilość.
Podczas wiosennych porządków w łazience udało mi się wyrzucić kilka przeterminowanych produktów do włosów, kilkuletnich antyperspirantów, które gdzieś na dnie pudła czekały na ostatnie psiknięcia, wciąż jednak mam kilka balsamów, które staram się zużyć, zapasy szamponów i żeli pod prysznic. Ale umówmy się, takie rzeczy są do ogarnięcia.
Jak wspominałam gorzej z kolorówką. Moim największym problemem są produkty do ust: pomadki i błyszczyki.
Wiem, to nie jest rekord, pewnie zaledwie ułamek tego co mają dziewczyny recenzujące dla nas kosmetyki (mają pewnie więcej i lepsze :-) ), to jednak też nie jest wszystko co posiadam, nie opróżniłam jeszcze torebki. Najwięcej mam czerwonych pomadek, Kocham kolorowe usta, nie lubię jasnych różów, a niestety kilka takich też  posiadam, chyba jeszcze z czasów kiedy byłam brunetką. Rudzielcom pasują już jednak inne odcienie, a że w najbliższym czasie nie planuję powrotu do smolistych włosów, to pozbywam się około połowy z powyższego zbioru. Nie powinnam zapomnieć tu o postanowieniu, ze nic nowego nie kupię (pewnie przez najbliższe kilka lat). Najgorsze jest to, że właściwie nie mogę Wam nawet specjalnie polecić którejkolwiek ze swoich pomadek- Rimmel są dobre, ale szybko je zjadam, lubię jeszcze te czerwone pomadki w płynie Sephory, te trzymają się wiele godzin, w swoich zbiorach mam jakąś Pupę :-) I Channel, ale zupełnie nie wiem co w nich wyjątkowego, chyba pójdą do kosza (nieużywane zaczęły już dziwnie pachnieć)

Trochę lepiej jest z produktami do oczu, ale wciąż uważam ze trzy tusze do rzęs to za dużo (docelowo chcę mieć dwa, jeden na co dzień, drugi dający efekt WOW na wieczór), do tego jakiś kredki i eyeliner do oczu i żel do brwi, według mnie zupełnie zbędny.
Z tego zestawienie przynajmniej jeden produkt mogę pochwalić, to tusz Ultraflex marki PUPA (PUPA- zawsze podobała mi się ta nazwa), kupiony w Rossmannie. To była chyba niestety tylko chwilowa akcja, bo już nigdy więcej go tam nie widziałam. W każdym razie do niego może będę wracała regularnie. No i kredka  Loreal z gąbeczką też chyba zostanie- reszta do szybkiego wykończenia i do widzenie,.

Podkładów mam pięć, to według nie wciąż  o trzy za dużo. Chcę mieć dwa, może nawet lepsze, "markowe", byleby były trwałe (dotykam często twarzy więc szybko ścieram to co na nią nałożę)

Na szczęście większość tych podkładów jest na wykończeniu (Loreal jest ciemniejszy więc będę go używała jak zrobi się cieplej). Szkoda mi tylko kremu BB Skin79, dawał piękny efekt, ale bielił, więc nawet dla mnie tylko na zimę.
Pisałam, że najgorszym problemem są pomadki? Nie, to jednak lakiery do paznokci. Mam w swoich zbiorach zacną ilość lakierów starych i nie nadających się do użycia, nie mogłam ich jednak wyrzucić bo mała K się nimi bawiła, wiecie lakierowe rodzinki: mama, tata i kilkoro dzieci (jeśli były  tej samej marki), jako że rodzin się nie rozbija (miałam taką samą głupią zabawę kiedy byłam mała, tylko  że z guzikami) to lakiery zostawały, a co jakiś czas dochodziły nowe. Mała K jednak rośnie i teraz jest na etapie nałogowego naciągania mnie na zwierzątka w Rossmannie (tworzy  z nich później w przeróżnych kombinacjach rodziny), tak więc lakierowe rodziny mogą iść w niebyt, mam zamiar zostawić sobie jeden biurowy nudziak, jedną czerwień i jakiś ciemny fiolet, a dokupić będę musiała jakiś piękny letni róż, bo stary już się do niczego nie nadaję (był jednak matką więc długo gęstniał w pudełku).
Kosmetyki kosmetykami, a mnie czeka dalsze sprzątanie mieszkania, niestety rewanż w szachy nie wchodzi już w grę.
Pozdrawiam Was gorąco
K.

PS. Czy u Was też padał dziś śnieg?


niedziela, 22 marca 2015

Pięć ulubionych bohaterek filmowo-literackich

Maria Peszek śpiewała "są kobiety pistolety" takie pistolety znalazłam w popularnej literaturze i bardzo dobrych jej ekranizacjach. Przedstawię je Wam, oto pięć moich ulubionych bohaterek literacko-filmowych, pięć kobiet, każda inna, ale z każdą mogłabym się zaprzyjaźnić.

1. Ania Shirley- rudowłosa dziewczyna z Zielonego Wzgórza. Pokochałam ją za poetycką duszę, za rude warkocze i za tabliczkę rozbitą na głowie Gilberta. Fantazja, siła, upór w najpiękniejszym wydaniu. Anię głownie oglądam w świetnym notabene filmie,płacząc i śmiejąc się na przemian,

2. Lisbeth Salander- bohaterka trylogii "Millenium", Zbuntowana, super inteligentna> Pokochałam ją za sposób rozwiązania problemu ze swoim kuratorem, który był przemyślany i genialny. Książka jest doskonała,wciągająca i poruszająca, film (wersja szwedzka) również jest bardzo dobry a  Noomi Rapace doskonała. Wersja amerykańska dużo słabsza, pomimo nawet dobrej Rooney Mara w roli Lisbeth.
Lisbeth inspiruje mnie kiedy mam słabszy dzień, kiedy tracę wewnętrzną siłę i pewność, ja kupuję ją po prostu w całości.

3. Panna Marple - wiecie, ze uwielbiam Poirota, nie mogłoby więc być inaczej niż żebym pokochała również pannę Marple. Chociaż muszę przyznać, ze w wersji filmowej porwała mnie tylko Margaret Rutherford, pozostałe aktorki wcielające się w postać Marple były zbyt spokojne, oczywiście  je lubię, ale wracam zawsze do tej pierwszej, genialnej wersji.

4. Scarlett O`Hara- bohaterka "Przeminęło z wiatrem". Muszę przyznać, że oglądałam tylko film, choć wielokrotnie. Książkę też muszę w końcu przeczytać. Film jest arcydziełem, rola Vivien Leight to absolutne mistrzostwo. Za co kocham Scarlett? Za inteligencję, za upór, za miłość do Tary (ważniejszą według nie i lepiej pokazaną niż miłość do Retha) i za to, że nauczyła mnie, że o wszystkim można pomyśleć jutro, bowiem jutro też jest dzień.


5. Sarah Lund - detektyw policji, główna bohaterka w oryginale szwedzkiego serialu "the Killing" oraz książki na napisanej na jego podstawie. Ja polecam gorąco amerykańską wersję tego serialu nie schrzanionego hollywodzkim stylem. Sarah jest zwyczajna, łazi w starych golfach, wychowuje samotnie syna i nie radzi sobie z tym dobrze bo praca jest dla niej najważniejsza, a może to źle powiedziane,  nie praca ale złapanie mordercy Rosie Larsen jest priorytetem. Sarah jest tak prawdziwa, że niemalże czujesz zapach jej potu. Za co ją kocham- własnie za to ze jest prawdziwa, brzydka prawie, jest dociekliwa i spostrzegawcza.



Przypuszczam, że w tym zestawieniu najmniej znana jest Sarah, dlatego skorzystam z okazji, żeby Wam polecić serial The Killing, obie wersje, szwedzka i amerykańska są świetne, nie sa też identyczne dlatego warto obejrzeć obie. Amerykańską warto zobaczyć również ze względu na świetną postać partnera Sarah- Stephena Holdera.

Kto byłby w Waszym zestawieniu?

niedziela, 8 marca 2015

Niech się święci 8 marca

Pamiętacie czasy, kiedy 8 marca kobiety w zakładach pracy dostawały goździki i nylonowe rajstopy? Ja sama tego nie doświadczyłam, ale pamiętam że moja mama przynosiła te cuda do domu. PRL się skończył, rajstop już nie rozdają, kwiaty jeszcze czasem tak. Pamiętam jak trzy lata temu koledzy z pracy przynosili każdej pani (jest nas 12) po tulipanie z doczepioną karteczką z życzeniami, a na niej napisane "...obyś była w pracy wrażliwa i ckliwa" Ckliwa? W pracy? Po co? Wiem, że intencje były dobre, a oni chyba szukali na siłę rymów, gdyż całe życzenia były w formie wiersza, ale doprawdy czemu ten wiersz nie mógł być biały?
W wielu domach Dzień Kobiet obchodzony jest podobnie jak w pracy czyli syn czy mąż dał kwiat, złożył życzenia, pocałował, obdarowana i zapewne uśmiechnięta kobieta po prostu wracała do swoich codziennych obowiązków. Zawsze mi się wydawało, że nie tak powinno to wyglądać.
Miałam już ułożony w myślach cały wpis o feminizmie do opublikowania dziś, ale po pierwsze wena twórcza dopada mnie najczęściej w autobusie i niestety nie odtworzyłabym całej treści dzisiaj, po drugie w marcowej prasie jest cały wysyp artykułów na ten temat (niektóre naprawdę bardzo dobre, inne infantylne, wręcz krzywdzące). Od siebie dodam, że nie dziwię się, że kobiety czasami nie chcą się utożsamiać  z tym pojęciem, gdyż przedstawiany jest jego bardzo krzywdzący obraz (brzydka, gruba, nieszczęśliwa i samotna). Ale właśnie chodzi o to, żeby słowo na "f" odczarować bo feminista = demokrata, bo feminizm to równość społeczna, gospodarcza i polityczna. To jest sedno słowa na "f".
Dzień Kobiet to święto na cześć ruchu feministycznego, równościowego, szacunek i pamięć dla tych kobiet które kiedyś wyszły na ulice walczyć o prawa które dziś uważamy za oczywiste. Kiedyś ktoś się mnie pyta czy jestem feministka, nie dodaję "tak, ale...", odpowiadam,że jako demokratka to oczywiste. Jestem również feministką z szacunku dla kobiet, które o dzisiejszą równość walczyły. Gdybym nie doceniała odpowiednio walki sufrażystek to tak jakbyśmy oddali dziś wolność wywalczoną kiedyś przez naszych dziadków.
Jako "F" działam bardzo lokalnie, pomagam znajomym jeśli mnie poproszą, motywuję jak potrafię, wspieram, poprawiam cv jeśli jest taka potrzeba :-) Jestem zwolenniczką teorii, że nie trzeba wysyłać kilku złotych na ratowanie dzieci w Afryce, może lepiej odwiedzić babcię czy pomóc rodzicom (to nie znaczy, że mamy zostawić afrykańskie dzieci, ale nie zawsze trzeba szukać daleko). Dziś więc deklaruje tutaj, że jeśli masz problem i chcesz się wygadać, chcesz żebym "po przyjacielsku" sprawdziła ci cv lub list motywacyjny (jestem w  tym naprawdę dobra) lub jeśli mogę Ci w jakikolwiek sposób pomóc jak kobieta kobiecie to napisz jasodhara6@gmail.com. Wierzę Madeline Albright że w piekle jest specjalne miejsce dla kobiet nie pomagających innym kobietom.


A tak od serca i po ludzku: życzę Wam zdrowia i wszelkiej pomyślności, ambitnych planów i siły na ich realizację.

czwartek, 5 lutego 2015

Teoria wszystkiego


"we are just an advanced breed of monkeys on a minor planet of a very average star. But we can understand the Universe. That makes us something special" S.Hawking
Stało się. Wolny wieczór i kino. A film nie byle jaki, tylko długo wyczekiwana przeze mnie "Teoria wszystkiego"- fabularyzowana biografia jednego z najwybitniejszych naukowców świata.  Muszę przyznać, ze w tym panteonie jest moim ulubionym. Nie bez znaczenia jest pewnie jego choroba, której pomimo diagnozy lekarzy nie pozwala ze sobą wygrać. Ale mnie bardziej inspiruje jego ateizm, który w pewnym stopniu popchnął go do szukania prawdy o pochodzeniu wszechświata. Czy ją odkrył? Nie wiem,  może muszę choćby uwierzyć, że był na dobrej drodze, ot nauka jest religią ateistów jak powiedział sam Hawking.
Ale wracając do filmu: nie jest to historia z której da się zrobić coś trzymającego w napięciu, nie można tego nijak porównywać z "Pięknym umysłem", gdzie wokół historii bohatera dało się zbudować pewną akcję. Tutaj mamy za to wspaniale pokazaną miłość do nauki, miłość ogólnie, która nie zawsze jest w stanie przenosić góry, walkę z chorobą profesora, w której dzielnie, choć często ponad swoje siły towarzyszyła mu jego żona.
Ale powiem prawdę- dla kogoś kto nie interesuje się fizyką, a może raczej niekoniecznie interesuje, ale nie uczył się jej na studiach lub nie miał jej w rozszerzonym zakresie w liceum (nawet nie wiem jaki jest teraz program) film może okazać się trochę męczący.  Mimo to jest jeszcze jeden poważny powód dla którego "teorię wszystkiego" warto obejrzeć- genialna wręcz gra aktorska Eddiego Redmayne`a, rola zdecydowanie Oskarowa.
Nie rozpisując się- zdecydowanie polecam

K.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Mity i kity nt. macierzyństwa



Nie wiem czemu natchnęło mnie na wpis o macierzyństwie, K ma już ponad 7 lat i jest duża szansa że pozostanie moim jedynym dzieckiem. Może to ta cała histeria wokół tabletki "dzień po", która u szczytu szaleństwa była porównywana do Cyklonu B (czy kobiety są niczym hitlerowcy w obozach zagłady?). Antykoncepcja prewencyjna zła, awaryjna zła, aborcja zła, edukacja seksualna zła. Tylko rodzicielstwo (z wyboru czy nie) jest dobre. Kobieca rozrodczość znów narzędziem w rękach polityków, księży  i dziennikarzy.
I tak w tej atmosferze, jakby "przy okazji" przedstawię wam kity i mity których nie dałam sobie wcisnąć na temat macierzyństwa,

Stan błogosławiony- pamiętacie jak posłanka Wróbel mówiła, że określenie "ciąża" jest złe (no bo tak jakby ciąża ciążyła), zaś ona sama była w stanie błogosławionym? Uwierzcie mi, całą ciążę zniosłam fantastycznie, bez komplikacji ani nawet mdłości, ale przytyłam 30kg i naprawdę wszystko mi ciążyło. Poza tym jest to stan biologiczny, nie rozumiem czemu jako taki miałby być gorsz niż błogosławiony?

Dziecko w łonie- gdzie jest do cholery to łono? co to w ogóle za określenie? Jakaś fatalna pozostałość z czasów kiedy sądzono (a raczej dowodziła tego ówczesna "nauka" sprzed odkrcia komórki jajowej), ze mężczyzna zapładnia ziarenkiem, a kobieta jest jakby glebą.  Podobnie z dzieckiem noszonym pod sercem. Gdzie? na żołądku? Ja nosiłam dziecko w macicy i całkiem było mi z tym dobrze.

Pierś jedyna i słuszna- dobra, nie polemizuję z tym, że kobiece mleko jest dla dziecka najlepsze, ale uwaga, przyznaję tutaj wszem i wobec że karmiłam butelką z własnej woli a nawet o zgrozo dla wygody. Ot, 3 godzinne przerwy w ciągu dnia i nawet 6 godzinne w nocy. Wszyscy straszyli mnie, ze mała K będzie chorowała notorycznie, cóż nic takiego się nie działo, mała była okazem zdrowia i nawet po pójściu do przedszkola nie chorowała często. Wśród dzieci znajomych nie zauważyłam wyraźnej zależności między odpornością a karmieniem piersią, masa "cycowych" dzieci chorowała w systemie 1tydz zdrowe/3tyg chore. Co wiec było sekretem dobrego zdrowia K? Spacery, spacery i jeszcze raz spacery. Od kiedy można było już wychodzić to jeździliśmy z wózkiem (głownie moi cudowni rodzice) 3 razy dziennie po prawie 2 godz. Niezależnie od pory roku.

Bycie z dzieckiem pierwsze trzy lata (jego) życia- ok, super rozwiązanie ale nie dla mnie- po pierwsze nie dałabym rady, po drugie za moich czasów urlop macierzyński trwał chyba 18 albo 20 tygodni, do pracy musiałam więc wrócić zostawiając maleńkie dziecko. Na szczęście K miała najlepszych opiekunów- moich rodziców na pełen etat, nie ma lepszych nianiek niż babcia i dziadek opiekujących się swoją wyczekaną jedyną wnuczką. Powiem szczerze, że ja osobiście nie czuję że coś straciłam.

Pierwsze słowa i kroki- pierwszych słów wysłuchiwałam jeszcze przy gaworzeniu, jestem pewna że dość szybko wysłuchałam magiczne "mama", pierwszy samodzielny krok też chyba widziałam, ale szczerze mówiąc nie jestem pewna i nie obchodzi mnie to. Przez te lata było wiele kroków i słów skierowanych tylko do mnie, każde cieszy mnie za każdym razem bardziej. Wzruszam się tak samo kiedy "kocham cię" słyszałam od 3 latki jak i teraz od 7 letniej wyrośniętej dziewczynki. Z racji mojej aktywności zawodowej zdarzało mi się opuszczać niektóre wydarzenia i uroczystości, ale jeśli tylko nigdzie nie wyjechałam to zawsze starałam się być.

Instynkt macierzyński - nie wiem do tej pory czym jest? czym rożni się od ojcowskiego? Czy oznacza irracjonalną tęsknotę za posiadaniem potomstwa? Czy młodzi mężczyźni nie marzą o rodzinie i dzieciach?  A może to typowo zwierzęce odruchy jak wtedy kiedy po urodzenie dali mi Kasię, żebym ją zobaczyła i pocałowała (miałam cesarkę wiec nikt mi jej na brzuch nie położył) a ja nie chciałam jej całować, ale ją obwąchałam. I ten zapach pamiętam do dziś.

Acha, zapomniałabym o jednym- jeśli rodziłaś przez cesarkę to nie rodziłaś wcale :-)

Macie coś co warto byłoby dodać do tej listy?

Pozdrawiam
K.


.

wtorek, 13 stycznia 2015

Wolność i tolerancja?

Miałam już gotowy post w temacie "Jestem Charlie", pisałam go dwa razy, za pierwszym nie nadawał się do publikacji, byłam pod wpływem zbyt silnych emocji, za drugim wydał mi się już zbyt poprawny.
Można mnie nazwać islamofobem. "fobem" nie bo nienawidzę, ale bo się boję. Wiem, że są "normalni" muzułmanie, tacy którzy chcą żyć według europejskich wartości- wolności i tolerancji, ale to nie ten islam toczy krwawe krucjaty, tylko ten skrajny. Ale ten skrajny to też Islam, jakby nie patrzeć. Wkurza mnie powtarzanie od nowa, że Islam to religia pokoju, a terroryści prawdziwymi muzułmanami nie są. Obawiam się, że są i to takimi którzy traktują Koran dosłownie. A przypominam, ze interpretacja Koranu jest zakazana więc własnie dosłownie należy go traktować.
Naprawdę nie obchodzi mnie kto w co wierzy, jaką ma skórę i z kim sypia, rozumiem nawet czemu ludzie szukają swoich nowych dróg duchowych- sama zawsze do tego zachęcam (jestem przeciwniczką dziedzicznej religijności), ale boję się, że zmiany w Europie będą zachodziły w następujący sposób:
W tym miejscu może warto przypomnieć jakie prawa wprowadzili Talibowie w normalnym muzułmańskim Afganistanie, tak ku przestrodze... tylko kilka z nich...
"śpiew jest zakazany, taniec jest zakazany, ganie w karty, szachy, gry hazardowe oraz puszczanie latawców są zakazane. Pisanie książek, oglądanie filmów i malowanie obrazów jest zakazane.
Jeśli nie jesteś muzułmaninem, nie oddawaj czci w miejscach, w których mogą Cię zobaczyć muzułmanie. Jeśli to uczynisz, będziesz bity i wtrącony do więzienia. Jeśli zostaniesz przyłapany na próbie nakłonienia muzułmanina do zmiany wiary, zostaniesz stracony.
Uwaga kobiety: Będziecie przez cały czas w domach. Rzeczą niewłaściwą jest, by kobiety chodziły bez celu po ulicach. Jeśli wychodzicie, musi towarzyszyć wam  mężczyzna będący członkiem waszej rodziny. Jeśli zostaniecie złapane same na ulicy, będziecie bite i odesłane do domu.  
Nie będziecie bez względu na okoliczności pokazywały twarzy. Na zewnątrz będziecie osłaniały się burkami, w przeciwnym razie będziecie zbite.
Kosmetyki są zabronione, biżuteria jest zabroniona, nie będziecie nosiły strojnej odzieży, nie będziecie się odzywały o ile ktoś nie odezwie się do was pierwszy. Nie będziecie nawiązywały kontaktu wzrokowego z mężczyzną. Nie będziecie śmiały się w miejscach publicznych, jeśli to zrobicie będziecie bite. Nie będziecie malowały paznokci, jeśli to zrobicie stracicie palec. Dziewczynkom zabrania się chodzić do szkół. Wszystkie szkoły dla dziewcząt zostaną natychmiast zamknięte. kobietom zabrania się pracować. Jeśli popełnisz cudzołóstwo zostaniesz ukamienowana"
Przerażające?
Tak więc korzystając z wolności jak co dzień wyślę córkę do szkoły, umaluję dziś paznokcie słuchając przy tym muzyki, a jutro w pracy będę się głośno śmiała.
I tak sobie tylko myślę, że ludzie zawsze chcieli aby ich dzieci i wnuki miały lepiej, mnie wystarczy jeśli będą miały równie dobrze jak my dziś.
Pozdrawiam, pozostając wciąż chyba jednak pod wpływem silnych emocji.
K

niedziela, 11 stycznia 2015

Ostatnie podsumowanie- ulubione książki 2014

To już chyba ostatnie podsumowanie 2014 roku,a le widzę, ze blogo i vlogosfera wciąż jest pełna wszelkich podsumowań, dlatego pozwolę sobie zaprezentować mój subiektywny ranking najlepszych książek które czytałam w ciągu ostatnich 12 miesięcy.

Mag sprawił, że czas się na chwilę zatrzymał. Czytałam go na plaży, aż doszłam do rozdziału opisującego egzekucję Conchista. Zamarłam. Słowo "wolność" nabiera nowego znaczenia po tej lekturze.Konflikt Bóg a Wolność zawsze był dla mnie fascynujący, a w świetle ostatnich wydarzeń nabiera dla mnie osobiście szczególnego znaczenia. Polecam wszystkim lubiącym ciekawą, choć nie łatwą literaturę.

Szefowa okazała się najbardziej inspirującą książką z jaką miałam styczność, po jej lekturze aż ma się ochotę brać sprawy w swoje ręce. Absolutnie polecam... wszystkim.

Czerwone liście najpierw mnie lekko irytowały, ale potem okazały się fantastycznym kryminałem z ciekawą intrygą. Polecam fanom gatunku

Zamień chemię na jedzenie zrewolucjonizowało moje życie i nawyki żywieniowe, tej książki nie trzeba szczególnie polecać, dla tych którzy interesują się zdrowym odżywianiem na pewno  jest to znana pozycja

Doktor sen- nie jest to najlepszy horror Kinga, ale ciekawy. Jeśli ktoś zastanawia się jakie były dalsze losy chłopca  ze Lśnienia to znajdzie tu odpowiedź

Czy jesteś psychopatą to ciekawa pozycja pokazująca, ze psychopaci to nie zawsze seryjni mordercy (choć na ogół mają problemy z prawem), niestety otaczają nas wyjątkowo często, są świetnymi kłamcami i manipulatorami. A może przy tej okazji zdradzę Wam sekret: czytam wszystko o psychopatach, nie o tych fikcyjnych, ale prawdziwych. Boję się ich, dlatego ich poznaję.

A teraz przede mną masa nowych książek, tych które dostałam pod choinkę i tych które od lat czekają na swoją kolej.
A jaka jest wasza ulubiona książka ubiegłego roku?
Pozdrawiam
K.

wtorek, 6 stycznia 2015

Plany i nadzieje 2015

Czy istnieje ktoś kto nie wiąże szczególnych nadziei wraz z nadejściem nowego roku? Nie chodzi nawet o  nierealne czasami postanowienia całkowitej zmiany życia, ale o to wyjątkowe poczucie, że oto zaczyna się coś nowego, lepszego.
Z natury jestem optymistką, dlatego zawsze wierzę że nowy rok będzie lepszy od poprzedniego, moje życie jest generalnie szczęśliwe, nie powinnam narzekać. Ostatnio ktoś mi powiedział, że nie potrafię cieszyć się i doceniać tego co mam, Ależ potrafię, tylko uważam, że powinnam się udoskonalać. Tak więc cieszę się bo mam gdzie mieszkać, jesteśmy zdrowi i nie brakuje nam na życie, ale czy to oznacza, ze to wszystko czego mogę pragnąć? Bo ja widzę to tak: dom zawsze może być przytulniejszy, szczęśliwszy za sprawą ludzi (i zwierząt), którzy w nim mieszkają, chciałabym mieć taki dom z którego nie chce się wychodzić, a póki co jest miejscem w którym się bywa. O zdrowie trzeba dbać cały czas, jem więc zdrowo a do tego ćwiczę. A pieniądze? No cóż, dlaczego nie miałabym chcieć być dobrze/ lepiej opłacana za swoją pracę? Nie widzę sensu w innej postawie.

Przewiduję, ze 2015 rok będzie przełomowy. W sprawach uczuciowych albo się w końcu dotrzemy po 11 latach, albo się rozejdziemy, wszystko lepsze od letniej temperatury i ciągłego rozdrażniania. W sprawach zawodowych powiem ze 100% pewnością, że zmienię pracę a przynajmniej pracodawcę. Nasza firma będzie przejęta przez giganta, tak więc jeśli nie będzie zwolnień stanę się pracownikiem wielkiego koncernu, jeśli nas wyrzucą to i tak będę musiała czegoś poszukać. Tak więc zmiany, zmiany, zmiany...
Nie chcę robić postanowień typu: schudnę, będę bardziej otwarta względem ludzi, nauczę się jeździć na nartach czy w końcu nauczę się pływać.
Nie wiem czy w tym roku zrobię prawo jazdy, które zarzuciłam 8 lat temu, myślę, że w tym roku jest to wysoce prawdopodobne z uwagi na niebezpieczeństwo utraty pracy, ale z drugiej strony jest to od wielu lat postanowienie przekładane z roku na rok, obawiam się, ze weszło mi już to w nawyk.
Powinnam zdecydowanie wysterylizować kotkę, ale może zmusi mnie do tego jej następna ruja (kto ma kocice wie jakie to męczące)
Ćwiczyć mam zamiar dalej, zaczęłam na początku grudnia i nie sądzę, żebym teraz przestała. Znalazłam swój sposób, jest to niestety wyjście z domu na zajęcia grupowe lub siłownię. Piszę "niestety" bo może wygodniej i taniej byłoby ćwiczyć w domu Plusem jest lepsze zorganizowanie życia czego wymagają zajęcia przed lub po pracy.
Odżywiam się lepiej bo widzę tego wymierne efekty, nie sądzę więc żebym nagle przestawiła się na śmieciowe jedzenie, poza tym nie jem już mięsa (od 8 lat jadłam tylko drób, który też porzuciłam), więc i wybór śmieciowego jedzenia znacznie się ograniczył.
Powoli odgruzowuję swoją przestrzeń, jeszcze dużo pracy przede mną ale jestem na dobrej drodze.


Poza tym wszelkie drobniejsze plany (np. wyrobienie nowych okularów) zapisuję w nowym kalendarzu w cyklu tygodniowym, zrealizowane zadania będę wykreślała, niezrealizowane będę przekładała na następny tydzień. Muszę jednak określić jakiś limit tego przepisywania i chyba karę, ale nie mam pomysłu jaką.
A w zakupionym kilka miesięcy temu przepiśniku z Biedronki będę zapisywała swoją aktywność fizyczną i to co danego dnia zjadłam. Niestety wszelkie wypracowane na siłowni w grudniu efekty trochę się zatarły podczas świątecznej przerwy. Ale od jutra powrót do normalności.

Powodzenia w realizacji Waszych planów.
Pozdrawiam
K




sobota, 3 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

2014 był całkiem udany, gdybym miała ocenić realizację swoich postanowień  (znajdziecie je tutaj) to powinnam mimo wszystko się pochwalić. W sumie nie udało mi się kolejny rok zrobić prawa jazdy, ale jestem już tak zdemotywowana że nie przypuszczam, że w 2015 miałoby się to zmienić. Poza tym nie wysterylizowałam swojej kotki. O dziwo ostatnią ruję miała rok temu, nie ma chyba silnego instynktu macierzyńskiego (jaka pani taka kotka).

A oto subiektywny ranking hitów i kitów ubiegłego roku:
HITY:
Minimalizm- według mnie po dobie konsumpcjonizmu bardzo odświeżający trend. nie mogę wciąż nazwać się minimalistką, ale jednak udało mi się trochę odgruzować swoje życie,

Robert Biedroń prezydentem Słupska- okazuje się bowiem, że jeśli nie musi pajacować pod skrzydłami Palikota to jest bardzo sympatycznym ale też konkretnym facetem. Czy nadaje się na prezydenta miasta czas i wyborcy zweryfikują ten wybór, podoba mi się że ludzie mieli wewnętrzną odwagę zagłosować na niego mimo wszelkich uprzedzeń. Może w końcu zaczniemy słuchać kandydatów, tego co mają do powiedzenia  i głosować na program a nie na partię.

Malala laureatką Nagrody Nobla- dla mnie to bohaterka. Warto jej postać przybliżać w szkołach, dzieci powinny wiedzieć że nauka to nie tylko obowiązek, ale też wielki przywilej. Tak staram się to przekazać swojej córce, która w tym roku rozpoczęła naukę.

Stosunek Papieża Franciszka do pedofilii w kościele. Wciąż jest dużo do zrobienia, pedofilia nie dotyczy też tyko duchownych katolickich, ale po pierwsze działania Franciszka na tle poprzedników są bardziej wyraźne, po drugie od ludzi którzy mówią innym jak żyć, rozgrzeszają lub decydują o braku rozgrzeszenia  mamy prawo wymagać więcej.

Sukcesy polskiego kina- przyznaję, że nie widziałam jeszcze "Idy" ale jej sukces jest bezapelacyjny,

Moje życie- to był dobry rok. Ale ciągle myślę, ze kolejny może być jeszcze lepszy, bo nie boję się marzyć.

KITY
Muzułmański terroryzm- nie przekonują mnie frazesy, ze terroryzm nie ma religii. bo ostatnio ma i to jedną dominującą, mało tego, idioci mordują z imieniem swojego boga na ustach. "Religia to opium dla ludu" nabiera nowego znaczenia.

Bohaterowie mojego dzieciństwa Bill Cosby i Stephen Collins (pastor z "Siódme niebo") okazali się wstrętnymi zbokami- jeden gwałcił nieprzytomne kobiety, drugi to pedofil. W każdym razie nie marzą mi się już powtórki ulubionych seriali z młodości .

Zaginione malezyjskie samoloty. Co to fatum jakieś?

Nasi politycy. Były taśmy, afery, pokazali jak nie szanują publicznych pieniędzy (loty samochodem i kolacje za jedną pensję przeciętnego Kowalskiego), poza tym język elit, aż ma się ochotę powiedzieć im "ch..j Wam w d.."

Ćpający celebryci- no naprawdę Ilona Felicjańska powinna mieć już odpuszczone swoje winy i przestać być kozłem ofiarnym, w tym roku mieliśmy godnych następców.

To tyle w dużym skrócie. Wkrótce napiszę o tegorocznych planach. A jakie są Wasze hity i kity ubiegłego roku?