poniedziałek, 10 listopada 2014

Projekt: koniec z bylejakością

W zeszłym tygodniu byłam na pierwszej wywiadówce szkolnej swojego dziecka (kolejny kamień milowy mojego macierzyństwa). Oczywiście wszystko jest w porządku, pani nauczycielka powiedziała kilka rzeczy w ten sposób abym mogła pękać z dumy, przedstawiła też delikatnie swoje zdanie dotyczące tego nad czym trzeba popracować: niedokładność (ot, szybko, żeby zaliczyć) i nie zgłaszanie się (wiem, ale nie powiem).  To taki typ szkolnego "planktonu", tylko że jeszcze jest czas aby to zmienić, bo to jest takie cholerne lenistwo i nie dawanie 100% z siebie, w sytuacji kiedy już nie trzeba wkładać w to wiele pracy. Czułam jakby mówiła o mnie.
Z małą K już nad tym pracujemy, lekcje są odrabiane przy biurku, a nie w przelocie na kolanie, zachęcam ją do zgłaszania się jeśli zna odpowiedź, mam nadzieję, ze to robi, jest to jeszcze czas kiedy dzieciom zależy na uznaniu Pani A (która jest cudowną nauczycielką z misją). Tak więc może jest szansa, aby mała K nie stała się życiowym planktonem jak ja,
Cóż, może blog nie powinien być miejscem na tanią auto-psychoanalizę, ale muszę się przyznać: mam na imię Katarzyna, mam 34 lata i całe życie dryfuję po bezdrożach bylejakości (czy można dryfować po bezdrożach?). Nie daję z siebie 100%, nie daję chyba nawet połowy tego co powinnam, liczy się tylko zaliczenie, wykonanie zadania, a nie jego jakość. Nawet  w pracy wiem, że muszę być sprawdzana: ja nie widzę krzywych linii, kilku czcionek w jednym dokumencie, tak jakby przestały mi przeszkadzać i nie zwracam na nie uwagi. 
Rozmowę z nauczycielką odebrałam jako lekcję dla siebie, przez tyle lat nie trafiały do mnie uwagi ludzi: w pracy, że muszę popracować nad jakością dokumentacji, w domu, że powinnam bardziej o siebie dbać (P nie znosi jak mam źle zrobione paznokcie albo nie ułożone, przyklapnięte włosy, a mama całe życie chociaż bardzo delikatnie zwraca mi uwagę na bałagan).
Najlepiej uczyć dzieci przykładem, tak więc niech to będzie mój projekt KONIEC Z BYLEJAKOŚCIĄ. Zaraz wstanę, szybko zmyję odpryśnięty lakier i pomaluję paznokcie na nowo, poprawię włosy, ogarnę szybko mieszkanie (przecież nie muszę od razu robić generalnych porządków, ale na ogół nie robię prawie nic), tak abym miała wolne kiedy wrócimy z kina (dziś idę na randkę z mała K- taki nasz babski rytuał). Metoda małych kroków zawsze się sprawdza, nie wierzę w nagłe zrywy, muszę powoli wypracować w sobie nawyk. Niestety latami pracowałam nad tymi złymi i być może nawet lata zajmie mi ich całkowita zmiana. Jestem na to gotowa. najważniejsze to podjąć wyzwanie.

PS. skoro mowa o nawykach i zrywach: czy tylko ja nie wierzę, że uczestnikom Perfekcyjnej Pani Domu nie udaje się utrzymać swoich domów w czystości? Ileż to razy wysprzątałam całe mieszkanie pod test białej rękawiczki, a za 3 dni był już ogólny bałagan (może tylko kurzu mniej). Tak sobie... dywaguję...


Kto jest leniem tak jak ja?  A kto daje z siebie minimum 100%? Tych drugich proszę o porady:-)
Pozdrawiam
K

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz