czwartek, 10 lipca 2014

Wakacyjna kosmetyczka

Mój urlop w tym roku będzie dość krótki, bo będziemy poza domem ok 10 dni, a jako że wyjeżdżamy nad polskie morze to mam problem z pakowaniem walizki. Rok temu w jedną walizkę spakowałam siebie i małą Kasię, zabrałyśmy same lekkie ubrania, a teraz, wiadomo, z uwagi na kapryśną pogodę trzeba brać p[podwójne komplety ubrań: na ciepłą i chłodną pogodę, do tego kalosze i płaszcze przeciw deszczowe.  Kosmetyczka też pęka w szwach, ale tutaj mam nadzieję na to, ze w drodze powrotnej będzie już dużo lżej, pozabierałam to co mam nadzieję skończę na wyjeździe. Być może skoczymy też do Niemiec, a to wiąże się z ryzykiem zakupu kolejnych kosmetyków z Balea lub Alverde (nie miałam nic z tych marek, ale jest o tym tak głośno, że chyba się skuszę).

Ok, przede wszystkim filtry:
Cała gama marek i SPF-ów: od 50tki Fiosleku (to na twarz, uszy itd), po 30 z Lancaster (do twarzy) i Avene (olejek do ciała i chyba włosów- to jest akurat jeszcze nie używane), 20 z Lirene o zapachu gumy balonowej i 6 dla P (no przecież koniecznie musi się opalić, więc będzie cud jeśli go przekonam do tej Kolastyny). A na wieczór do podkreślenia moich opalonych z białego na ecru nóg jakiś zabytek z zeszłorocznego glossy box= olejek rozświetlający z Pat & Rub. Wiem, że jest tego dużo, ale kremy do twarzy skończę na 100% bo mam je już drugi rok (może filtry już tracą swą moc? Nie wiem, lepsze to niż nic)


Pielęgnacja: szmapon i odżywka Garnier - mam je po raz peirwszy, a;le była promocja, a ja myję włosy na wakacjch częściej, wiadomo jest cieplej a do tego piach, wieć moze nie przywiozę tego z powrotem.
Balsam pod prysznic nivea, nie robi nic, ale chcę go skończyć, poza tym będzie pełnił funkcję żelu do golenie (pomimo kilkudniowych szaleństw z depilatorem, woskiem ciepłym i zimnym, chyba będzie potrzebny)
Balsam Mixa, niby dla dzieci, niby nawilżający... do wykończenia i wyrzucenia.
Żel pod prysznic o nazwie nie do wymówienia i przepisania- ot żel jak żel, zapach wanilii ładny

.
Bez psikacza do włosów się nie obędzie.
Resztka kremu do twarzy i krem pod oczy AA (bardzo lubię kosmetyki Oceanic, polskie a dobre, a raczej dobre bo polskie?)
Miniatura płynu Yoskine - miałam jeszcze miniaturę Biodermy, której nigdy nie używałam, ale ten ma zdecydowanie lepsze zamknięcie.

I płyn do dezynfekcji rąk- na plażę i do samochodu, przed podjadaniem.

Ognista czekolada na włosach, myślałam, że to będzie wpadało bardziej w rudy odcień, ale niestety znów jestem brunetką. Na szczęście się zmyje kolor to pójdę do fryzjera na ścięcie i farbę. Tyle miesięcy rozjaśniania włosów do rudego i wszystko spartaczyłam.,





I kolorówka: nie jest tego dużo, ale tusz do rzęs zakończy wkrótce żywot, choć służył długo i dobrze. Zamiast podkładu wzięłam próbki, do tego miniatura perfum, jakaś resztka różu, kolorowa kredka, której chyba nie będę używała, bo bardzo mnie uczula, a pewnie i tak nie będę się malowała,

Staram się kończyć kosmetyki nim kupię nowe, nie zawsze się udaje, ale myślę, ze po urlopie będę się wybierała na zakupy. Ale póki co będę się odprężała, nie pomyślę ani o domu, w którym pod naszą nieobecność będzie się odbywał remont, ani o pracy w której zawsze dzieje się dużo, ani nawet o zakupach. Po prostu morze, plaża, książki i słodkie nic nie robienie.
Udanych wakacji
Kasia

wtorek, 8 lipca 2014

Przeczytane, do przeczytania... na wakacjach

Jakiś czas temu skończyłam czytać nowo zakupione książki, wbrew projektowi denko domowej biblioteczki. Zadowolona byłam z dwóch: "jabłoń w ogrodzie, jesień jest blisko" o której pisałam oddzielnie i z "zamień chemię na jedzenie". Dwie kolejne może nie tyle mnie rozczarowały co po prostu nic nie wniosły.


O "zamień chemię na jedzenie" Julity Bator nie będę się rozpisywała, jest masa ciekawych jej recenzji. Powiem tyle, ze dzięki niej zmieniłam trochę sposób patrzenia na żywność. Zawsze czytałam etykiety, ale pozwalałam sobie na "chemię" (nie w nadmiarze) bo nie do końca wiedziałam jakie są jej konsekwencje. A raczej patrząc na etykiety zwracałam uwagę na zawartość mięsa w mięsie czy kultowego "cukru w cukrze". Teraz staram się odrzucać to co nie potrzebne. Wolę kupić dobrą czekoladę niż landryny czy żelki, nie kupuję dziecku wody z cukrem i aromatem truskawkowym (i ona też już wie że to ściema-tzn takie soki i wody). Po prostu jestem bardziej świadoma. Zrobiłam taż sama 3 razy chleb, dwa razy nie wyszedł, ale raz był bardzo dobry :-) Ogólnie jednak pieczywa nie jemy dużo, więc szkoda czasu.

"Jackie czy Marylin" Pameli Keogh to książka bez której po prostu bym się obeszła. Uwielbiam Marylin, ale zabawy w stylu "jesteś Jackie czy Marylin" na początku książki mnie wkurzały i nie przekonywały do lektury. Potem było trochę lepiej. Jak ktoś lubi książki o stylu to polecam.

"Zaklinacz czasu" miał świetne recenzje i chyba dobry marketing. Ja nie znoszę takich "pouczających" historii, które mają nami poruszyć, czy wzruszyć. Mnie to nie ruszyło, nie zmusiło do zatrzymania się i zastanowienia nad... no właśnie nie wiem nad czym miałam się zastanowić? Nad sensem życia? Nad przemijaniem? Pewnie bym to zrobiła, gdyby opisane historie nie były tak banalne i przewidywalne.

A na wakacje zabieram "Maga" którego zaczęłam czytać rok temu w Chorwacji, później okazało się, ze był za duży żeby go zabierać do autobusu i tak leżała i czekała na swoją kolej.


"Doktor sen" to kontynuacja "Lśnienia", Danny jest już mężczyzną, niestety z problemami. Książka również rozpoczęta ok 3 miesiące temu, ale nużył mnie początek. Spróbuję jednak ponownie i może rozkręci się tak jak inne powieści Kinga.

Udanych wakacji,
Kasia

"Jabłoń w ogrodzie, jesień jest blisko" czyli wspominanie Małgorzaty Braunek

"Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko" w zasadzie miało się znaleźć w zbiorczej recenzji książek, które ostatnio przeczytałam. Jednak  śmierć Małgorzaty Braunek  sprawiła, że chciałam napisać o niej krótki, oddzielny post.


Uważam, że nie umiem pisać dobrych recenzji, nie potrafię streścić fabuły tak aby nie zdradzić najważniejszych wątków które powinny zaskoczyć czytelnika, staram się wiec na ogół mówić czy książka mnie osobiście się podobała i dlaczego lub co mi się nie podobało. Tą książkę trudno streścić, to bardziej wywiad - rzeka który przeprowadzał z Małgorzatą Braunek jej przyjaciel Artur Cieślar. I tak na kartach książki wyłania się przed nami obraz dziecka, zbuntowanej i chronicznie zakochującej się nastolatki, utalentowanej aktorki, żony (wielokrotnej), matki, osoby poszukującej swojej ścieżki duchowej i takiej która w końcu ją znalazła w buddyzmie zen, mistrzyni (Roshi) zen, jak również po wielu latach ponownie aktorki.

Powiem szczerze, moja ocena tej pozycji na pewno będzie lekko nieobiektywna. Miałam wielką słabość do pani Braunek i po prostu chłonęłam jej słowa z zachwytem. Na pewno sposób jej myślenia bliższy jest osobom, które w życiu wybrały podobną ścieżkę duchową, wiecie, ze jestem buddystką (staram się być, to bardzo ciężka praca) tak więc po części odbieram ten tekst jako wykład, chociaż nie znajdziecie tam ani grama agitacji. Ale prawda jest taka, że te wszystkie słowa mają uniwersalną wartość, niezależnie kim jesteście myślę, że będziecie mieli prawdziwą przyjemność z czytania ich. Tak więc gorąco polecam.

Zmarła kobieta, która na zawsze wpisała się w historię sztuki filmowej, zmarła żona i matka, zmarła nauczycielka swojej sanghi.  Nie będę udawała, że widziałam wszystkie jej filmy, właściwie pamiętam tylko "Potop", "Lalka" z jej podobno genialną kreacją już na mnie czeka, ale powiem Wam, ze mam do siebie o coś żal: już chyba 2 czy 3 lata temu wybierałam się na wykład lub medytację do Małgorzaty Braunek, nie dlatego, ze była znaną aktorką, ale dlatego, że odpowiadała mi jej wizja buddyzmu, poza tym chciałam chyba też trochę uczyć się od kobiety. Oczywiście nigdzie się nie wybrałam,( za daleko miałam do Warszawy?)  jak zwykle znalazłam sto wymówek, przecież miałam czas. To była po prostu jedna z wilu szans jakich nie wykorzystałam w życiu.

Pozdrawiam
Kasia.