wtorek, 3 czerwca 2014

Mediolan

I tak wylądowałam w Mediolanie- służbowo niestety, a wiadomo że wiąże się z tym absolutny brak nadziei na zwiedzanie czy jakąkolwiek inną przyjemną formę wypoczynku. Jak to w korporacji- koszty i czas muszą być zoptymalizowane.

Prawda jest taka, że mnie podróżowanie średnio pociąga, nawet wyjazd na wakacje jest dla mnie ciężki, ja chyba nie lubię wychodzić z gniazda. Podróżowanie służbowo to dla mnie męka, bo jestem trochę aspołeczna, spotkania z obcymi osobami i "small talk" z nimi są dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Ale czasem trzeba...

Z drugiej strony w delegacji byłam w naprawdę ciekawych miejscach- Francja, Szwajcaria, Hiszpania, Tajlandia, ale co z tego kiedy dobrze poznać udawało się jedynie lotniska i pokoje hotelowe (tzn swoje).

Dzisiejszy lot z Warszawy do Mediolanu był opóźniony o 2 godziny z przyczyn technicznych. Przyznam, ze czułam sie trochę jak bohaterka filmu "Oszukać przeznaczenie", miałam jakies dziwne myśli, ale starałam się podejść mimo wszystko do tego pragmatycznie. Dziwne było zachowanie mojej córki od rana, wyjątkowo przezywała to rozstanie, chociaż rozstawałysmy się już na dłużej, a stojąc nad moją walizką powiedziała "oto grób mamy". Tak więc jesli w czwartek robije się samolot LOTu to ja tam będę. To oczywiście makabryczny żart, ale musze trochę oswajać swoje lęki.

Pogoda jak wiecie nie dopisuje i się zaziębiłam, to przypomniało mi moją wyjątkową delegację do Hiszpaniii- wyjątkową, bo jak nie wierzę w pecha to wtedy coś los mi nie sprzyjał:
Zaczęło się od tego, że dzień przed wylotem była okropna śnieżyca, wracałam z pracy z wypożyczonym laptopem (bo wtedy pracowałam na stacjonarnym komputerze) który był potrzebny na szkoleniu na które miałam lecieć. Autobus utknął w połowie drogi i wszyscy wysiedliśmy, marzłam tak na przystanku chyba 1,5 godziny płacząc już ze strachu, że paraliż komunikacyjny nie pozwoli mi wrócić do domu.
Na drugi dzień pojechałam pociągiem do Warszawy, w której tez dało się odczuć skutki śnieżyc. Autobusem z dworca na lotnisko jechałam 1,5 godziny. Lot do Barcelony był ok, ale doleciałam już konkretnie chora. Na szkoleniu szybko zabrakło mi chusteczek i w międzynarodowym towarzystwie smarkałam w papier toaletowy. Szkolenie odbywało się w grudniu, w turystycznym miasteczku Tarragona, niestety wymarłym o tej porze roku. W każdym razie wybrałam się "do maista" zobaczyć o której mam autobus do Barcelony na lotnisko następnego dnia rano. Kiedy stałam na przystanku przejeżdzał obok mnie samochodem jakiś chłopak, który potem śledził mnie do hotelu- uwierzcie to było na prawdę przerazające- pustki, żadnych ludzi na ulicach i jadace za mną powoli auto...
To nie koniec, tu pech zaczął się wzmagać...
Wieczorem popsuło się światło  w moim pokoju, a obsługa hotelowa nie kwapiła się do rozwiązania tego problemu, wg nich mogłam przecież spokojnie siedzieć bez prądu. W końcu dali mi inny pokój, tam nie działał telewizor (usypianie przy włączonym telewizorze uspokaja mnie w hotelach), a ja wpadłam w panikę i popłakałam się na myśl, że rano o 6 muszę wyjść na autobus i iść po ciemku na przystanek autobusowy.
Następnego dnia rano nie zadzwonił mi budzik w telefonie- pierwszy i ostatni raz, na szczęście obudziłam się sama wystarczająco wcześnie żeby zdążyć na autobus do Barcelony. Do Polski miałam lecieć z przesiadką w Kopenhadze. Tam wsiadał również mocno podchmielony chłopak w swetrze w renifery (niczym Mark Darcy). Zgadnijcie obok kogo miał miejsce w samolocie? Tak, tuż obok mnie, a w dodatku ja siedziałam od okna więc jeszcze swoim potężnym cielskiem wbijał mnie w ścianę. Chłopak najpierw pijacko zagadywał, potem usnął- i tu zaczął się koszmar: przez sen wciągał swój karat który grał i bulgotał mu w nosie i gardle. A ja miałam odruchy wymiotne i zakrywałam uszy żeby tego nie słyszeć i odwracałam głowę jak mogłam najmocniej. Na szczęście ulitowała się jedna stewardessa i przesadziła mnie na jedyne wolne miejsce, gdyby nie to stanowiłabym z "Markiem Darcy" niezłą parę obrzydliwców, on zasmarkany, a ja zarzygana z obrzydzenia.
W końcu hurra... dotarłam do Warszawy, pojechałam na dworzec i wsiadłam w pociąg do Łodzi. Niestety w pociągu wysiadło ogrzewanie i światło i oczywiście były dodatkowe postoje (wiadomo- śnieg), tak więc marzłam w ciemności kilka godzin.

Tak, to była moja najbardziej pechowa podróż. Dzisiejsza zdecydowanie jest lepsza, chociąz właśnie usłyszałam lecący samolot- słychać go w tym hotelu bardzo wyraźnie i głośno. Na szczęscie mam dobry mocny sen.

Skoro o śnie mowa- jest już 23:15. Lecę pod prysznic i się kładę. myślałam, ze zdążę nadrobić blogowe zaległości i poczytać wpisy moich ulubieńców, ale może jutro.
Dobranoc.
K.

1 komentarz:

  1. twoja przygoda w Hiszpanii to jak fragment dobrej powieści kryminalnej, faktycznie pechowa, mam nadzieję, że obecną delegacją spędzisz w miarę spokojnie i miło, czego ci życzę!

    OdpowiedzUsuń