środa, 18 czerwca 2014

Czy kobiety nie pracujące "siedzą w domu"?





Pytanie do kobiet „siedzących w domu” z dziećmi w wieku 0 -6 lat: czy macie czas a jeśli tak to ile na siedzenie? No wiecie, usiąść przed telewizorem i słodko nic nie robić? Dlaczego pytam – wyjaśnię zaraz opowiadając historię mojego poniedziałkowego konfliktu w z kolegą z pracy, który rozpętał się niczym wojna kiedy stanęłam w obronie zony wspomnianego kolegi.
Dla wyjaśnienia- jestem w tej cudownej sytuacji, ze w wychowaniu dziecka mogli pomóc mi rodzice. Wróciłam do pracy tuż po urlopie macierzyńskim który wtedy trwał chyba, oz grozo 18 tygodni. Dziś myślę, że zostawiłam w domu bardzo małe dziecko i cieszę się, że inni rodzice mogą zostać z dziećmi dłużej ciesząc się urlopem macierzyńskim i rodzicielskim. Tylko, ze ja osobiście bardzo się w domu męczyłam i za pracą, kontaktami z ludźmi tez bardzo tęskniłam. Ale jak pisałam wcześniej- zostawiłam dziecko pod najlepszą na świecie opieką.
Inna sprawa- jestem zwolenniczką i gorąco namawiam kobiety aby były finansowo niezależne, tak wiec uważam że powinny pracować zawodowo, choć nie koniecznie w korporacji, ale o ile nie rozumiem kobiet paprotek, które leżą, pachną i są ozdobą swojego męża o tyle absolutnie rozumiem sytuację, w której jest małe dziecko, żłobek to abstrakcja lub po postu zdrowie nie pozwala, nie ma rodziny która mogłaby pomóc, a pracowanie aby opłacić niańkę oczywiście mija się z celem.
W mojej pracy mężczyźni to ok 85-90% załogi. Wielu z nich może sobie pozwolić, aby ich żony nie pracowały zawodowo, zajmują się domem i dziećmi, oczywiście najczęściej w sytuacji kiedy dziadkowie nie mogą pomóc. Ale tutaj musze ich pochwalić – zawsze mówią o tym nawet nie z dumą („stać mnie to zona nie pracuje”), ale raczej z podziwem i szacunkiem, że „zajmuje się” „pracuje” … w domu, z dziećmi itd., jeśli ustalili tak podział obowiązków to obie strony starają się ze swoich wywiązywać i doceniają to nawzajem. Jest jednak jeden  przypadek – kolega który z żoną zdecydował się na dwoje dzieci pod rząd, tak aby druga ciąża była podczas pierwszego macierzyńskiego- w ten sposób później zwolnienie lekarskie i kolejny macierzyński- tak to przynajmniej wygląda. Dla osób które planują więcej dzieci z mała różnica wieku to chyba dobre rozwiązanie. Tylko, gdzie myśl „co dalej”? macierzyński się kończy, dzieci w żłobku chorują na potęgę, w przedszkolu nie lepiej i tak kilka lat prawie cały rok szpital w domu, wizja powrotu do pracy staje się coraz bardziej odległa. A ojciec- zapewne szczycący się  mianem głowy tej rodziny zaczyna już narzekać, że przecież on sam zapierdalać na tą rodzinę już nie da rady, koszty są wysokie, wszystko kosztuje, no ta zona to koniecznie wrócić do pracy musi. Zwierza się chłopina zupełnie nie potrzebnie jak to mu źle, do tego żona na seks nie ma ochoty (takie rzeczy mówić w pracy?). A ostatnio rozmowa była o urlopie i oczywiście z miną cierpiętnika znów wygłosił na głos swoje największe chyba marzenie „mam nadzieję, ze to ostatni sezon kiedy moja zona siedzi w domu”. Ja z uśmiechem na twarzy i absolutnie nie strofując powiedziałam „chyba pracuje w domu? Bo dzieci dopieszczone, dom posprzątany i obiad ugotowany” dodałam jeszcze, ciągle serdecznie, ze takie mówienie, choćby nawet nie miało się nic złego na myśli jest bardzo szkodliwe, bo potem dzieci o swoich mamach mówią ‘nie pracuje, siedzi w domu” lub „moja mam nic nie robi”. A ten jak na mnie huknął, że ma serdecznie dość łapania go za słówka i że w dupie ma moją opinię. Wcięło mnie totalnie, zaczął obchodzić, ja również, ale słysząc jego ciągłe gadanie dodałam, że ja też mam w dupie jego narzekanie, sam wybrał taki model życia.
Powiem szczerze, że zastanawiałam się nad ta sytuacją, było mi trochę przykro, ale pomyślałam później, że ten chłopak stanowi w naszej pracy jednoosobową lożę szyderców- śmieje się z każdego, każdemu przypisuje mało ciekawe ksywki, bardzo nie ładnie demonstruje swoją niechęć do kościoła specjalnie tak aby osoby wierzące (ale tylko jeśli są kobietami) go słyszały. Swoją drogą poglądy ma bardziej skostniałe niż nie jeden słuchacz Radia Maryja. I wtedy sobie pomyślałam, ze miałam rację, poza tym ktoś kto nieustannie krytykuje innych powinien meic więcej samokrytycyzmu. Będę go łapała za słówka za każdym razem, bo jak wiecie sposób wypowiedzi robi ogromną różnicę w odbiorze- przykładem niech będą „polskie obozy pracy”.
Co do mojego kolegi- chciałabym żeby zamienił się miejscami ze swoją zoną na choćby dwa tygodnie, kiedy dzieci chorują- są marudne, trzeba pamiętać o lekach, posprzątać, ugotować, często czegoś brakuje a wyjść z domu nie można. Jego małżonce współczuję życia pod presją zajmowania się dziećmi i jednocześnie tego że musi iść do pracy, kto wtedy weźmie zwolnienie w przypadku kolejnej domowej infekcji? Takie kobiety niestety pracują na dwa etaty – 8 godzin zawodowo, kolejnych kilka w domu, ale przecież niektórzy panowie „pomagają przy dzieciach”. Jak można „pomagać” przy swoich dzieciach? Na szczęście dużo się zmienia i ogólnie widzę wielu wspaniałych ojców i coraz więcej młodych rodzin którzy dzielą się obowiązkami domowymi. Nie jestem zwolenniczką płacenia kobietom za zajmowanie się domem i dziećmi bo ci którzy pracują zawodowo (obie płcie) również, głównie wieczorami wykonują te same obowiązki, ale ta pracę należy szanować jak każdą inną, mimo iż nie przynosi pieniędzy do domowego budżetu.

piątek, 13 czerwca 2014

Sumienie, a sprawa kobieca

Boli mnie to, że kobiety traktuje się jak idiotki. Uwierzcie mi, nigdy osobiście idiotki nie spotkałam.  Znam kobiety o różnych światopoglądach, ale przecież nie głupie.
Więc dlaczego się nas tak traktuje? Czasem warto było reagować, ale myślę że przyszedł najwyższy czas żebyśmy mówiły same za siebie i stanowiły o naszej godności czy zdrowiu.
Kiedy kilka tygodni temu Maleńczuk wypowiadał się, że kobiety nie powinny właściwie wychodzić z kuchni, że ich miejsce to dom, kuchnia przy garach i dzieciach nie warto było reagować. Ot, osobista idiotyczna wypowiedź człowieka który żadnym autorytetem nie jest. Dla mnie nigdy nie reprezentował moralnie czy artystycznie wiele, a sam wygląda tak jakby nie dojadał, więc może dlatego tak o tej kuchni się rozgadał.
Kiedy miesiąc temu Korwin Mikke gadał już większe głupoty – o tym, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn i nie powinny mieć prawa do głosowania to należało tylko przewrócić oczami z politowaniem i może zaproponować ogólnonarodowy test inteligencji aby na nowo przyznać prawa wyborcze tym którzy mieszczą się w odpowiednich normach IQ. Kiedy sepleniąc się i śliniąc jak zawsze zaczął już uważać się za autorytet w dziedzinie psychologii i seksuologii twierdząc, że kobiety zawsze się „troszkę gwałci” bo przecież zawsze się trochę opierają robiło się już niesmacznie, ot, starszy pan, od lat próbujący bezskutecznie dostać się do polityki wygaduje bzdury, których nikt oprócz innych zboków nie traktuje serio.
Niestety oblechowi udało się do polityki dostać, pozostaje mieć nadzieję, że tylko ze względu na poglądy gospodarcze, bo ludzie mają prawo w obecnej sytuacji czuć się biedni i mają prawo mieć nadzieję na lepsze jutro jeśli znajdzie się ktoś kto je obieca.
Ale nagle pojawia się klauzula sumienia…. I jej konsekwencje…

Rozumiem sumienie kobiet  tych które urodzą dziecko z gwałtu. Jeśli znajda w sobie tyle siły a może i miłości to wspaniale. Ale rozumiem też te kobiety, które się na ten krok nie zdecydują, to ten rodzaj bohaterstwa, a może poświęcenia którego nie powinno się od nich wymagać
Pamiętam jak zwolennicy pro life w dyskusji z tzw „aborcjonistami” (co to w ogóle za słowo?)  mówili, żeby w takiej sytuacji kobieta była inkubatorem dla tego dziecka.  Co się dzieje do cholery? Nie ma już płodów bo od momentu poczęcia jest dziecko, ok niech i tak będzie, jest życie poczęte nienarodzone (?), jest stan błogosławiony a nie ciąża, tylko nagle kobiet nie ma? Są inkubatory? Żywe maszynki? Odczłowieczone głupie istoty –donoś dziecko, urodź siłami natury, najlepiej bez znieczulenia a potem „przecież można oddać”. Tak, po porodzie Ty ciągle jesteś przedmiotem, tak jak i to dziecko, które teraz już nikogo nie obchodzi.

I tak Terlikowski ma materiał na piękny artykuł- oto 11 latka została zgwałcona przez kuzynów w wyniku czego zaszła w ciążę. No ale przecież lepiej żeby ciąży nie usuwać, bo do końca życia psychicznie sobie z tym nie poradzi. I znów tyrady o dziecku w łonie dziecka – oj co ja piszę, wszak to nie łono, absolutnie nie macica, wszyscy wiedzą, że dziecko nosi się pod sercem. Cała społeczna dyskusja o 11 latce – powinna urodzić czy nie? Powinna skorzystać z obowiązującego prawa czy nie? Czemu nie ma tak gorącej dyskusji o tym, żeby 14 i 15 latkowie nie gwałcili swoich kuzynek? Czemu przy takich okazjach mówi się o ofierze, a nie katach? Czemu przy takich tragediach nie nagłaśnia się historii sprawców? Czemu nie ma krzykliwych artykułów o tym, ze gwałt jest zły, jak wpływa na psychikę kobiety, dziecka? Wszak to również grzech (seks przedmałżeński u pary, która zamieszkuje razem przed ślubem może nie być rozgrzeszony, a gwałt? Jaka jest pokuta za gwałt?). Ci którzy modlą się tu za poczęte dziecko niech lepiej modlą się za jego matkę, aby dostała wszelką niezbędną pomoc medyczną, psychologiczną, żeby niezależnie od decyzji swojej i jej rodziny udało jej się z traumą i konsekwencjami gwałtu poradzić.

A oto kobieta, która ma urodzić dziecko bez szans na przeżycie, dziecko bez czaszki. Ma prawo do legalnej aborcji. Nikt nie powie mi, że to „aborcjonistka”, bo gdyby tej ciąży nie chciała to usunęłaby ją nawet nielegalnie na samym początku. Ale kobieta czuje już ruchy dziecka, które ma być przecież piękne, zdrowe i różowe, no wypisz, wymaluj jak  z reklamy. I nagle diagnoza która zwala z nóg. Kobieta ma tu prawo do dwóch decyzji i obie powinny być szanowane. Ale decyzji tej kobiety nie uszanowano wcale. Ot profesor- dyrektor szpitala objął swoją klauzulą sumienia całą placówkę której był szefem. Lawirował, ąz minął termin w którym zabieg aborcji można przeprowadzić. Oczywiście do tego dochodzą inne aspekty, te będą badane przez prokuraturę – profesor nie wskazał innej placówki, w której decyzja kobiety mogła być uszanowana. Bo wszak chodzi tu nie tylko o to kto jakie ma sumienie ale o to, że potraktowano ją jak idiotkę, jak obywatela innej kategorii, po prostu pozbawiono ją praw. Ubezwłasnowolnili ją.
Możemy się zastanawiać, każdy we własnym sumieniu co by zrobił na jej miejscu, w telewizji były gorące dyskusje, tylko nie usłyszałam jednego- czy płód/ dziecko rozwijające się w MACICY matki bez czaszki cierpi? Czy i jaki ból czuje kiedy jego głowa rośnie w nienormalnym tempie? Czy warto skazywać je na kilka miesięcy takiego „życia”? Być może matka w odruchu największej miłości a nie egoizmu chce to cierpienie skrócić? Ma prawo skrócić je dziecku i sobie.

W dwóch powyższych przypadkach choć tragiczne, kobieta ma wybór, który zawsze, niezależnie od tego jaki by nie był musi być uszanowany przez wszystkie środowiska. Niestety często jest tak że na szacunek zasługuje tylko dziecko, tym większy im bliżej jest fazy zygoty. Wszystkim tym którzy namawiają do urodzenia i do oddania do adopcji zadam pytanie: jak wiele dzieci adoptowałeś? Nie można przecież zakładać, że przecież najdzie się ktoś kto pokocha np. to nieuleczalnie chore dziecko, z którym być może nie ma kontaktu, nie ma szans na jakiekolwiek postępy w rozwoju. Czemu zakładasz że jest na świecie ktoś, czemu to nie Ty?

Ale jest trzeci przypadek- kiedy ciąża zagraża życiu matki. Przykro mi, ale nigdy nie zrozumiem, tej heroicznej postawy życie za życie. Wiem, że to cierpienie musieć się ratować kosztem zdrowego dziecka. Ale nasze życie też ma sens, też jesteśmy dla kogoś ważne. Co to za bohaterstwo wydać na świat dziecko i je od razu zostawić? A ono będzie żyło z poczuciem że odebrało życie matce – bo kiedyś znajdzie się życzliwy który tą wiadomość przekaże. Zdziwiło mnie kiedyś zdanie wypowiedziane przez pracownika szpitala w którym przy porodzie zmarła albo matka, albo dziecko (nie pamiętam) – brzmiało ono mniej więcej tak „nie wiedzieliśmy kogo ratować: dziecko czy matkę”. Naprawdę? Nie wiedzieliście? Tragedia.

Trzy opisane powyżej przypadki dotyczą legalnych możliwości przerwania ciąży. Są środowiska, które uważają, że to za mało, że bo powinna być możliwa jeszcze aborcja ze względów społecznych. Inne uważają, że to stanowczo za dużo, że aborcja powinna być zakazana w każdym przypadku (czyli w jednym byłoby to skazywanie kobiet na śmierć).
Zwolennicy tej drugiej opcji nazwaliby mnie „aborcjonistką”, tak uważam, ze w niektórych sytuacjach „społecznych” również powinna być możliwość wykonania legalnego zabiegu, bo one są wykonywane, tylko trzeba mieć pieniądze. Czyli kto traci? Tu ofiarami systemu są zawsze najbiedniejsze kobiety. Ale mamy prawo jakie mamy i wygląda na to, że już przestało być ono kompromisem, więc należy ze wszelkich sił go bronić, bo jest to obrona naszych praw. Przecież nikt nie zmusza do aborcji kobiety zgwałconej, daje jej jedynie prawo. Chciałabym, żeby świat był tak pięknym miejscem, żeby prawo do aborcji było martwe, z całego serca chciałabym aby każde dziecko na świecie było chciane i kochane. Może o to należy się modlić? Zabieg nie powinien być metodą antykoncepcji, ale skąd mamy brać antykoncepcję kiedy klauzula sumienia obejmuje również to? I nie przekonują mnie argumenty, że metoda antykoncepcji powinna być wstrzemięźliwość. Czy to się komuś podoba czy nie ludzie (w tym oczywiście kobiety) są istotami seksualnymi, mają potrzeby seksualne nie tylko w celach prokreacyjnych. To nasza ludzka natura.  To oczywiście niektórym kojarzyć by się mogło z hedonizmem, ale w takim razie co z kobietą z malej miejscowości, bez dostępu do nowoczesnej antykoncepcji, której mąż wracając wieczorem pijany do domu musi dać upust swojej chuci (a przecież prezerwatywy nie założy). Co z nią, praktycznie gwałconą w domu? Kto uzna jej prawo do aborcji dziecka poczętego z gwałtu w świętym małżeństwie? Ani aborcji, ani antykoncepcji bo lekarz ma sumienie, poza tym on przecież wie co dla kobiety najlepsze, wszak jest lekarzem, z dyplomem, kimże Ty jesteś kobieto aby podważać jego autorytet?

Pozdrawiam nas wszystkie niezależnie od poglądów. Szanujmy nasze decyzje i siebie nawzajem, ale przede wszystkim brońmy swoich praw.

wtorek, 10 czerwca 2014

Jeśli bije Cię mąż / chłopak / konkubent

Z cyklu "najprostsze porady są najlepsze":
Jeśli żyjesz w toksycznym związku, jeśli ktoś Cię bije lub poniża zrób to co Tina:

Prawda jest taka, że odejść powinno się po pierwszym razie kiedy ktoś (to może być chłopak, mąż, ale przecież też dziewczyna czy żona) Cię uderzy. Na 100% uderzy ponownie, zwłaszcza, że nie poniósł żadnej konsekwencji za pierwszym razem. Jaki jest cel bicia? Władza. A co jest celem władzy? Nie pieniądze, celem władzy jest sama władza.
Co więc trzeba zrobić? Odejść. To jest jedyne rozwiązanie. Tylko, że jak to w życiu odejść często jest ciężko, jest szereg zależności: finansowa, emocjonalna, społeczna, religijna (własny krzyż trzeba dźwigać). Ale nigdy nie bądź ofiarą! Nie daj tej satysfakcji. Nie nadstawiaj drugiego policzka, bo będziesz odwiedzała dentystę dwa razy. Oddaj mu.
Trudno, namawiam tu do przemocy, ktoś może mi zarzucić, że obrona tylko rozjuszy napastnika, ale prawda jest taka, ze jego ataki będą się nasilały a Ty wtedy będziesz czuła się coraz słabsza. Także najpierw wpierdol mu już kiedy pierwszy raz podniesie na Ciebie rękę.
Najlepiej oddaj mu i wyjdź i nigdy nie wracaj. Jego z moich ulubionych powiedzeń, które jest moim życiowym motem brzmi: "lepiej umrzeć stojąc niż żyć na klęczkach".

Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze przypomniałam sobie, że taki był pierwotny cel tego bloga, po drugie przypomniałam sobie wyniki ankiety sprzed wielu lat, w której ogrom kobiet mówił że zna inną, która jest ofiarą przemocy domowej, ale nikt nie deklarował że tą ofiarą jest. Więc gdzie one były? Czy wciąż wstydem jest przyznać się do tego? Dlaczego częściej wstydzi się ofiara niż agresor? Tak jest z biciem tak jest z gwałtami.

Przyznaję się więc że zdarzało mi się spotykać z kimś kto był uosobieniem spokoju, ale oczywiście po jakimś czasie nie wytrzymywał, trzeba było jednak mnie odpowiednio ustawić i jakoś tak "ręka im się omsknęła" i przysięgam Wam, że nigdy nie pozostałam im dłużna.

wtorek, 3 czerwca 2014

Mediolan

I tak wylądowałam w Mediolanie- służbowo niestety, a wiadomo że wiąże się z tym absolutny brak nadziei na zwiedzanie czy jakąkolwiek inną przyjemną formę wypoczynku. Jak to w korporacji- koszty i czas muszą być zoptymalizowane.

Prawda jest taka, że mnie podróżowanie średnio pociąga, nawet wyjazd na wakacje jest dla mnie ciężki, ja chyba nie lubię wychodzić z gniazda. Podróżowanie służbowo to dla mnie męka, bo jestem trochę aspołeczna, spotkania z obcymi osobami i "small talk" z nimi są dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Ale czasem trzeba...

Z drugiej strony w delegacji byłam w naprawdę ciekawych miejscach- Francja, Szwajcaria, Hiszpania, Tajlandia, ale co z tego kiedy dobrze poznać udawało się jedynie lotniska i pokoje hotelowe (tzn swoje).

Dzisiejszy lot z Warszawy do Mediolanu był opóźniony o 2 godziny z przyczyn technicznych. Przyznam, ze czułam sie trochę jak bohaterka filmu "Oszukać przeznaczenie", miałam jakies dziwne myśli, ale starałam się podejść mimo wszystko do tego pragmatycznie. Dziwne było zachowanie mojej córki od rana, wyjątkowo przezywała to rozstanie, chociaż rozstawałysmy się już na dłużej, a stojąc nad moją walizką powiedziała "oto grób mamy". Tak więc jesli w czwartek robije się samolot LOTu to ja tam będę. To oczywiście makabryczny żart, ale musze trochę oswajać swoje lęki.

Pogoda jak wiecie nie dopisuje i się zaziębiłam, to przypomniało mi moją wyjątkową delegację do Hiszpaniii- wyjątkową, bo jak nie wierzę w pecha to wtedy coś los mi nie sprzyjał:
Zaczęło się od tego, że dzień przed wylotem była okropna śnieżyca, wracałam z pracy z wypożyczonym laptopem (bo wtedy pracowałam na stacjonarnym komputerze) który był potrzebny na szkoleniu na które miałam lecieć. Autobus utknął w połowie drogi i wszyscy wysiedliśmy, marzłam tak na przystanku chyba 1,5 godziny płacząc już ze strachu, że paraliż komunikacyjny nie pozwoli mi wrócić do domu.
Na drugi dzień pojechałam pociągiem do Warszawy, w której tez dało się odczuć skutki śnieżyc. Autobusem z dworca na lotnisko jechałam 1,5 godziny. Lot do Barcelony był ok, ale doleciałam już konkretnie chora. Na szkoleniu szybko zabrakło mi chusteczek i w międzynarodowym towarzystwie smarkałam w papier toaletowy. Szkolenie odbywało się w grudniu, w turystycznym miasteczku Tarragona, niestety wymarłym o tej porze roku. W każdym razie wybrałam się "do maista" zobaczyć o której mam autobus do Barcelony na lotnisko następnego dnia rano. Kiedy stałam na przystanku przejeżdzał obok mnie samochodem jakiś chłopak, który potem śledził mnie do hotelu- uwierzcie to było na prawdę przerazające- pustki, żadnych ludzi na ulicach i jadace za mną powoli auto...
To nie koniec, tu pech zaczął się wzmagać...
Wieczorem popsuło się światło  w moim pokoju, a obsługa hotelowa nie kwapiła się do rozwiązania tego problemu, wg nich mogłam przecież spokojnie siedzieć bez prądu. W końcu dali mi inny pokój, tam nie działał telewizor (usypianie przy włączonym telewizorze uspokaja mnie w hotelach), a ja wpadłam w panikę i popłakałam się na myśl, że rano o 6 muszę wyjść na autobus i iść po ciemku na przystanek autobusowy.
Następnego dnia rano nie zadzwonił mi budzik w telefonie- pierwszy i ostatni raz, na szczęście obudziłam się sama wystarczająco wcześnie żeby zdążyć na autobus do Barcelony. Do Polski miałam lecieć z przesiadką w Kopenhadze. Tam wsiadał również mocno podchmielony chłopak w swetrze w renifery (niczym Mark Darcy). Zgadnijcie obok kogo miał miejsce w samolocie? Tak, tuż obok mnie, a w dodatku ja siedziałam od okna więc jeszcze swoim potężnym cielskiem wbijał mnie w ścianę. Chłopak najpierw pijacko zagadywał, potem usnął- i tu zaczął się koszmar: przez sen wciągał swój karat który grał i bulgotał mu w nosie i gardle. A ja miałam odruchy wymiotne i zakrywałam uszy żeby tego nie słyszeć i odwracałam głowę jak mogłam najmocniej. Na szczęście ulitowała się jedna stewardessa i przesadziła mnie na jedyne wolne miejsce, gdyby nie to stanowiłabym z "Markiem Darcy" niezłą parę obrzydliwców, on zasmarkany, a ja zarzygana z obrzydzenia.
W końcu hurra... dotarłam do Warszawy, pojechałam na dworzec i wsiadłam w pociąg do Łodzi. Niestety w pociągu wysiadło ogrzewanie i światło i oczywiście były dodatkowe postoje (wiadomo- śnieg), tak więc marzłam w ciemności kilka godzin.

Tak, to była moja najbardziej pechowa podróż. Dzisiejsza zdecydowanie jest lepsza, chociąz właśnie usłyszałam lecący samolot- słychać go w tym hotelu bardzo wyraźnie i głośno. Na szczęscie mam dobry mocny sen.

Skoro o śnie mowa- jest już 23:15. Lecę pod prysznic i się kładę. myślałam, ze zdążę nadrobić blogowe zaległości i poczytać wpisy moich ulubieńców, ale może jutro.
Dobranoc.
K.

niedziela, 1 czerwca 2014

Dzień Dziecka

Od 6 lat Dzień Dziecka to dla mnie wyjątkowe święto, 6.5 roku temu  zostałam matką. Nie idealizuję macierzyństwa, nie przypisuję mu magicznej roli w swoim życiu, nie uważam, że nadaje mu jedyny sens. Nigdy nie miałam silnego instynktu macierzyńskiego jeśli pod tym pojęciem kryje się jakaś niewyjaśniona i silna chęć posiadania potomstwa. Patrząc na dzieci nigdy nie zadrżało mi serce a myślach nie pojawiła się myśl "ja też chcę". Ale będąc w ciąży wiedziałam że chcę właśnie to konkretnie dziecko.

Cudze dzieci nadal mnie nie wzruszają, ale zawsze jestem wrażliwa na ich krzywdę. Jestem przeciwniczką bicia dzieci, uważam że dziecko ma swoją godność i tak jak nie mogę podejść na ulicy do człowieka który się źle zachowuje i po prostu dać mu klapsa czy zwyczajnie go zbić (no chyba, że jego zachowanie komuś by zagrażało) tak i nie mogę bić kogoś komu sama dałam życie, przecież ono na świat się nie prosiło. Złe zachowanie dziecka jest zawsze spowodowane błędami rodziców i widzę to na swoim przykładzie, zawsze tam gdzie byłam niekonsekwentna pojawiały się problemy z zachowaniem mojej córki.

Uważam też, ze choć miłość jest najważniejsza to rodzice muszą być w stanie dać coś dziecku poza miłością. Nie wzruszają mnie rodziny z 8 czy 10 dzieci w których starsze zajmują się młodszymi, nikt nie pracuje i jakoś się żyje, bo przecież się kochają. Jest pewne minimum które materialnie i emocjonalnie trzeba dziecku zapewnić.

Dzień Dziecka jest trochę jak Walentynki. Walentynki powinny być przecież każdego dnia, a nie raz w roku i dzieci powinny się czuć jakby miały swoje święto codziennie.


Życzę wszystkim dzieciom, aby miały marzenia, aby te marzenia udało im się realizować, aby miały zapewnione prawdziwe dobre i beztroskie dzieciństwo, aby nie doświadczały przemocy, żeby na swojej drodze spotykali inspirujących ludzi którzy pomogą im zrozumieć świat.
Właściwie życzę nam wszystkim spełnienia wszelkich marzeń, wszyscy jesteśmy przecież dziećmi więc niech to będzie i nasze święto.