piątek, 26 grudnia 2014

Prezenty

Mikołaj w tym roku był hojny, ale przede wszystkim trafił  w mój gust. Co prawda bardzo mu w tym pomogłam, ale dzięki temu nie ma ani jednego nietrafionego prezentu.
Dominująca kategoria to kosmetyki. Ucieszyłam się z kosmetyczki wypełnionej drobną kolorówką, uwielbiam intensywne pomadki, jednak odcień jaki widzicie na zdjęciu bardzo pomniejsza mi usta, jest jednak bajecznie elegancki więc jakoś z pomocą odpowiednio dobranej konturówki sobie z nim poradzę.
Kolejny prezent (ten już wyraźnie zasugerowany P) to paletka Naked 3, którą jestem po prostu zachwycona, muszę koniecznie zaopatrzyć się jeszcze w "2", ale tej nie widziałam w Sephorze stacjonarnie, jedynie on-line, mimo to i tak kupię. Jestem tak zadowolona z jakości tych cieni i widzę dużą różnicę pomiędzy nimi  a tym czym aktualnie się maluję (Sleek, który do tej pory uwielbiałam, Inglot, jakieś pojedyncze cienie Sephory lub Celii), że postanowiłam pozostać jedynie przy paletkach Naked, a wszystkiego innego się pozbyć (przekazać w dobre ręce)



Kolejne są perfumy, też wybrane wspólnie z P, więc może nie była to niespodzianka (ja mu kupiłam męską wersję z tej marki-cudowny i seksowny Spicebomb), ale jeśli ktoś lubi słodkie zapachy to zakocha się w Bonbon z Victor & Rolf
Poza tym pod choinką znalazłam zestaw do mezoterapii, ale tutaj muszę przyznać, ze kupiłam sobie go sama (robię sobie prezenty) i dziś będzie pierwsze podejście.

Mój ulubiony typ prezentu to książki- mnie zawsze ucieszą i jeśli ktoś pyta co mi podarować to zawsze proszę o coś do czytania. W tym roku to głośna już "zaginiona dziewczyna" i "Przebudzenie" Kinga. Z "zaginioną.." muszę się spieszyć, bo jest już dostępny film na podstawie tej książki, a wiem, że popsuję sobie całą radość czytania obejrzawszy najpierw film.

A na koniec przedstawiam moją nową torbę na siłownie i fitness. Od 1 grudnia kupiłam karnet i staram się regularnie chodzić. Moja stara torba miała już doszczętnie zdezelowany ekspres, poza tym była taka ponura, zupełnie nie w moim stylu. Nowa torba jest kolorowa i nie mogę się doczekać kiedy jutro zabiorę ją ze sobą na trening.

Oprócz tego zostałam obdarowana alkoholami i słodyczami, wygląda mi to na sabotaż mojej ciężkiej pracy o ładną sylwetkę, ale w końcu to prezenty więc muszę je spróbować :-) najwyżej poćwiczę dłużej.

A Wy co ciekawego dostałyście? Z jakich prezentów cieszycie się najbardziej?
Pozdrawiam Was gorąco.
K

wtorek, 23 grudnia 2014

Wesołych świąt (święta ateistki)

Odkrywczo muszę stwierdzić, że jutro już wigilia, uczciwie zaś przyznam, że chyba oprócz radości dawania prezentów nie przeżywam świąt Bożego Narodzenia szczególnie głęboko. Nie jestem osobą religijną, przynajmniej nie w tradycyjnym polskim wydaniu, gdybym była samotna to pewnie całe święta spędziłabym oglądając seriale lub czytając książki, ale samotna nie jestem. Na szczęście mam rodziców, dla których ważne jest aby nadchodzący czas spędzić wspólnie ze swoimi dziećmi i wnuczką, tak więc szykuje się i w moim rodzinnym domu wspólna wigilijna kolacja i nawet dzielenie opłatkiem. Mam też dziecko, które wierzy że w wigilijną noc przychodzi do niego Mikołaj. Nie wiem czy jest on święty, chyba bardziej "magiczny", bo wiara w niego oznacza dla mnie magiczny czas tego najbardziej beztroskiego okresu dzieciństwa. Poza tym p[przyznam Wam się, że moja córka chodzi na religię i wcale nie dlatego, że ja ją tam posłałam, ale dlatego ze sama chce i chyba WIERZY szczerze. Tak więc ogólnie teraz odpowiadam na często padające pytanie "dlaczego ateiści (tu również buddyści) obchodzą święta" - otóż dla swoich bliskich którym zależy na tradycji.


W moim domu jest choina ubierana co rok przez K i P, pod choinką są prezenty, dorośli kupują sobie sami, dzieciom przynosi Mikołaj (w wigilię, a nie na mikołajki- takie dziwactwo), z tymi prezentami idziemy najpierw do jednych, potem do drugich rodziców, tam jest tradycyjna kolacja i jak pisałam opłatek i życzenia., Tego akurat nie lubię, bo zauważyłam, że niektórzy nie lubią szczerych życzeń, zbyt mocno się wzruszają (albo denerwują) i płaczą, wolą tradycyjne "wszystkiego najlepszego". Potem każdy odpakowuje swój prezent i wszyscy się cieszą, a przynajmniej delikatnie uśmiechają. Z bagażami pełnymi podarków wracamy do domu i dopiero wtedy możemy odpakować to co daliśmy sobie z P i co Mikołaj przyniósł K.

Kolejne dni to dojadanie resztek z wigilii u rodziców i słodkie nic nie robienie. Totalny relaks.
Mimo tego, że przeżywam święta dość płytko, to lubię otaczającą je atmosferę, angażuję się na ile mogę w różne charytatywne akcje, w tym roku klasa K wspierała  Szlachetną Paczkę, w pracy kupowaliśmy prezenty dla dzieci z pogotowia opiekuńczego a potem jeszcze wspieraliśmy rodzinę ze Szlachetnej Paczki z zeszłego roku (w  tym roku nie byli objęci programem, ale ktoś u nas miał fantastyczny pomysł wspomóc ich ponownie, bo sytuacja materialna wcale im się nie poprawiła). I tak, piszę wyraźnie (i mówię głośno) że coś dobrego zrobiłam, może to nie wiele, ale dałam cokolwiek od siebie, a wcale nie uważam, że takie rzeczy należy robić dyskretnie, bo cicha pomoc ma mniejszą skalę.

A teraz życzenia: dla tych co nie lubią będą ogólne "Wesołych Świąt", ja jednak lubię składać je szczerze (choć nie składam ich pięknie) tak więc życzę Wam miłości, realizacji planów i marzeń, ale również kolejnych do realizacji, życzę pewności siebie, wsparcia  przyjaciół i rodziny, dobrych relacji po prostu. Dużo zdrowia bo najważniejsze, ale szczerze życzę też pieniędzy.

Pozdrawiam gorąco i do "zobaczenia" po świętach

poniedziałek, 24 listopada 2014

Inicjały zbrodni- czyli powrót Herkulesa Poirot

Kiedy na kilka tygodni przed premierą "Inicjałów zbrodni" przeczytałam o powrocie Herkulesa Poirot powiedziałam, że marzenia się jednak spełniają. Poirot jest moim ulubionym bohaterem którego poznałam na kartach powieści. Kocham go w literaturze, filmach (z Peterem Ustinovem) i serialu (z Davidem Suchetem). Płakałam oglądając "Kurtynę" i z uporem maniaka powracałam do wcześniejszych odcinków serialu lub do książek.
W końcu nadszedł TEN DZIEŃ, kupiłam nową powieść o Małym Belgu wracając z delegacji, na dworcu centralnym w Warszawie i zaczęłam czytać w drodze do Łodzi (całe 2,5 godziny),

Skończyłam po kilku trasach dom-praca i niestety pozostał pewien niedosyt. Szkoda że pozwolono Poirotowi zmartwychwstać, ale zrobiono z niego Zombie.
Ciągle mówi o szarych komórkach które używa, ale nie udało się autorce (Sophie Hannah) oddać inteligencji detektywa, raczej zrobiła z niego przemądrzałego pomagiera, ponieważ na pierwszy plan wysunął się detektyw Catchpool. No właśnie: brakuje Hastingsa, Jappa i panny Lemon, oczywiście akcja toczy się w czasach sprzed historii w Styles, więc przyjaciół Poirota brak, ale po prostu  całkowicie utracony został klimat twórczości Christie.
Nie będę jednak za dużo zdradzała: ot cztery ciała znaleziono w hotelu.
Jednak cała intryga nie umywa się nawet do najsłabszych poprzedników. Ot, kryminał jakich wiele. Jeśli ktoś nie jest Poirotomaniakiem, zdecydowanie nie warto sięgać.
Natomiast ja nie żałuję czasu ani pieniędzy przeznaczonych na tę książkę: pozwoliła mi zrozumieć, że należy pozwolić Poirotowi odejść raz na zawsze. Tak wiec szukam teraz innego wciągającego kryminału. Ktoś coś poleca? Ja od siebie polecam "The Killing" amerykańską wersję (oryginalną mam do przeczytania więc nie oglądam specjalnie serialu).

sobota, 15 listopada 2014

Nowe książki w mojej biblioteczce

Wiem, że miałam nie kupować nowych książek dopóki nie przeczytam tych które rozpoczęłam i odłożyłam. Nie mogłam sobie jednak odmówić kilku jako prezentu urodzinowo-imieninowego (zrobiłam sobie go sama)



ZNISZCZ TEN DZIENNIK ma nauczyć mnie kreatywności, póki co świetnie się bawimy z małą K skacząc po nim i chlapiąc go kawą, widzę jednak że dużo nauki jeszcze przede mną, w destrukcji jestem bardzo zachowawcza i boję się przekroczyć jej granice, które przecież nie są tu wyznaczone.

ZAMIEŃ CHEMIĘ NA JEDZENIE- NOWE PRZEPISY- pierwsza częśc otworzyła mi oczy i trochę zmieniła moje nawyki żywieniowe. Tą jestem lekko zawiedziona, może dlatego, że właśnie "dojrzałam" do wegetarianizmu, a tutaj jest dużo przepisów na potrawy mięsne? I chyba nie uważam, żeby nutella domowego wyrobu była zdrowa.

ORIANA FALLACI PORTRET KOBIETY- ta kobieta niezmiennie mnie fascynuje, lubię takie osoby, które mają własne zdanie. Podobało mi się, kiedy odmówiła noszenia szmaty na głowie podczas wywiadu z Chomeinim. Teraz krytykuje się ją za "islamofobię":. Do cholery, ja też jestem islamofobką, boję się fanatyków islamskich, a patrząc na sytuację z kalifatami mój strach jest usprawiedliwiony, ale to już jest temat na inny wpis.

SZEFOWA- NAJSEKSOWNIEJSZY PREZES ŚWIATA- podtytuł mi się nie podoba. Co ma seksualność do bycia prezesem? Ale książkę zakupioną wczoraj już czytam. Lubię takie motywujące opowieści w stylu od bucybuta do milionera. Tutaj od punkówy freeganki do założycielki  i prezeski firmy wartej 100 mln dolarów. A wszystko to dzięki pracy, która jest pasją. Zazdroszczę tej pasji.

GRZECZNE DZIEWCZYNKI NIE DOSTAJĄ TEGO CZEGO CHCĄ- Kolejna pozycja z tego cyklu. Obawiam się jednak, że to już odcinanie kuponów od sławy poprzednich. Zobaczymy.

PORADNIK DLA AMBITNYCH KOBIET- JAK ZROBIĆ KARIERĘ- Miała dobre recenzje to kupiłam. Po prostu raz na jakiś czas muszę przeczytać taki poradnik. Zobaczymy jak ten wypadnie na tle tych które już czytałam

Mam nadzieję, ze to moje ostatnie zakupy przed świętami. Liczę na to, że Mikołaj wsunie mi inne wymarzone książki pod choinkę.

Jakie książki lubicie czytać? Lubicie poradniki? Ja kiedyś nie lubiłam, aż pojawił się jeden który bardzo mi pomógł. Tak więc teraz czasami po nie sięgam.

Pozdrawiam
K.

wtorek, 11 listopada 2014

30-dniowe wyzwanie z jogą

Rozleniwiłam się, nie potrafię się porządnie zmobilizować do ćwiczeń w domu, ale postanowiłam zacząć 30-dniowe wyzwanie z jogą.
Na kanale DoYouYoga przygotowany jest miesięczny zestaw ćwiczeń, są one krótkie i łatwe (ok.20 min). Zobaczymy jak zmieni się ciało w tak krótkim czasie i przy niewielkim wkładzie pracy.
Oto link do filmów 30-Day Yoga Challenge with Erin Motz

Ja zaczynam o 19.00.

Pozdrawiam
K.

poniedziałek, 10 listopada 2014

Projekt: koniec z bylejakością

W zeszłym tygodniu byłam na pierwszej wywiadówce szkolnej swojego dziecka (kolejny kamień milowy mojego macierzyństwa). Oczywiście wszystko jest w porządku, pani nauczycielka powiedziała kilka rzeczy w ten sposób abym mogła pękać z dumy, przedstawiła też delikatnie swoje zdanie dotyczące tego nad czym trzeba popracować: niedokładność (ot, szybko, żeby zaliczyć) i nie zgłaszanie się (wiem, ale nie powiem).  To taki typ szkolnego "planktonu", tylko że jeszcze jest czas aby to zmienić, bo to jest takie cholerne lenistwo i nie dawanie 100% z siebie, w sytuacji kiedy już nie trzeba wkładać w to wiele pracy. Czułam jakby mówiła o mnie.
Z małą K już nad tym pracujemy, lekcje są odrabiane przy biurku, a nie w przelocie na kolanie, zachęcam ją do zgłaszania się jeśli zna odpowiedź, mam nadzieję, ze to robi, jest to jeszcze czas kiedy dzieciom zależy na uznaniu Pani A (która jest cudowną nauczycielką z misją). Tak więc może jest szansa, aby mała K nie stała się życiowym planktonem jak ja,
Cóż, może blog nie powinien być miejscem na tanią auto-psychoanalizę, ale muszę się przyznać: mam na imię Katarzyna, mam 34 lata i całe życie dryfuję po bezdrożach bylejakości (czy można dryfować po bezdrożach?). Nie daję z siebie 100%, nie daję chyba nawet połowy tego co powinnam, liczy się tylko zaliczenie, wykonanie zadania, a nie jego jakość. Nawet  w pracy wiem, że muszę być sprawdzana: ja nie widzę krzywych linii, kilku czcionek w jednym dokumencie, tak jakby przestały mi przeszkadzać i nie zwracam na nie uwagi. 
Rozmowę z nauczycielką odebrałam jako lekcję dla siebie, przez tyle lat nie trafiały do mnie uwagi ludzi: w pracy, że muszę popracować nad jakością dokumentacji, w domu, że powinnam bardziej o siebie dbać (P nie znosi jak mam źle zrobione paznokcie albo nie ułożone, przyklapnięte włosy, a mama całe życie chociaż bardzo delikatnie zwraca mi uwagę na bałagan).
Najlepiej uczyć dzieci przykładem, tak więc niech to będzie mój projekt KONIEC Z BYLEJAKOŚCIĄ. Zaraz wstanę, szybko zmyję odpryśnięty lakier i pomaluję paznokcie na nowo, poprawię włosy, ogarnę szybko mieszkanie (przecież nie muszę od razu robić generalnych porządków, ale na ogół nie robię prawie nic), tak abym miała wolne kiedy wrócimy z kina (dziś idę na randkę z mała K- taki nasz babski rytuał). Metoda małych kroków zawsze się sprawdza, nie wierzę w nagłe zrywy, muszę powoli wypracować w sobie nawyk. Niestety latami pracowałam nad tymi złymi i być może nawet lata zajmie mi ich całkowita zmiana. Jestem na to gotowa. najważniejsze to podjąć wyzwanie.

PS. skoro mowa o nawykach i zrywach: czy tylko ja nie wierzę, że uczestnikom Perfekcyjnej Pani Domu nie udaje się utrzymać swoich domów w czystości? Ileż to razy wysprzątałam całe mieszkanie pod test białej rękawiczki, a za 3 dni był już ogólny bałagan (może tylko kurzu mniej). Tak sobie... dywaguję...


Kto jest leniem tak jak ja?  A kto daje z siebie minimum 100%? Tych drugich proszę o porady:-)
Pozdrawiam
K

niedziela, 2 listopada 2014

Powroty bywają trudne

Przerwy jednak nie są dobre, z dnia na dzień coraz trudniej zmobilizować się do powrotu.
Nie było mnie tu długo, ale absolutnie nie chodziło o brak weny twórczej, wręcz przeciwnie, głowę miałam pełną pomysłów, zdecydowanie powinnam mieć pod ręką zawsze notes i zapisywać zdania które tworzyły mi się w myślach nierzadko tworząc gotowy tekst.
A oto główne przyczyny mojej nieobecności i kilka pomysłów, które przemknęły mi przez głowę i do których może wrócę.

1. Postanowiłam w życiu nie robić już rzeczy "na odwal", a za taki uważałam trochę ten blog. Tak więc kombinowałam ze zmianą szablonu, mimo to wciąż nie jestem zadowolona, nie jestem jednak chyba w stanie sama zrobić niczego lepszego. Moja kreatywność jest zerowa i chyba warto skorzystać z profesjonalnej pomocy. Tak więc moje pytanie: czy znacie kogoś kto niedrogo wymyśli mi i zrobi ładny szablon? Chyba że same jesteście w stanie to zrobić? Jeśli tak to napiszcie wiadomość na jasodhara6@gmail.com

2. Myślałam nad zmianą tytułu bloga, pierwotnym jego zamysłem było motywowanie i inspirowanie kobiet, ale wydaje mi się, że nie jestem kompetentną osobą, sama ciągle szukam motywacji i inspiracji, w natłoku zajęć chcę żyć pięknie, chcę być dobrą matką te kilka godzin dziennie, które spędzam z dzieckiem (to chyba problem wszystkich pracujących mam), chcę ciągle mieć marzenia a nie tylko cele.

3.Jestem taką świnką, że nawet nie podałam na blogu mojego maila do kontaktu. Poprawię się, obiecuję. Nie ma mnie też na portalach społecznościowych, ale wybaczcie, do facebooka musiałabym się zmuszać. Już chyba prędzej instagram. Mimo, że nie mam artystycznego zacięcia to przemawia do mnie porozumiewanie się obrazami. Pomyślę.

4. Wymówka nr 1 każdego z nas: brak czasu. W pracy mam taki natłok, czasem sukcesy, czasem porażki, a te skutecznie mnie dołują. W dodatku firma jest w trakcie przejęcia, dostałam nawet propozycję pracy w innej firmie, niestety w innym mieście. Wiązałoby to się z wyższymi zarobkami, ale odejmując koszty dojazdów, wcale nie byłaby to taka rewelacja żeby przypłacać to zdrowiem. Spędzanie w pociągu 4-5 godzin dziennie wykończyłoby mnie. Może kiedyś rozwinę rozmyślania na ten temat.

5. Podróże, niestety tylko służbowe. Podczas nich zwiedzam głównie lotniska. Najczęściej jestem na lotnisku w Zurychu, tam też przyszedł mi do głowy pomysł na nowy wpis (który oczywiście nie powstał do tej pory) o konflikcie Bóg a Wolność (jeśli takowy istnieje), a to wszystko po obserwacji masy muzułmańskich kobiet na tym lotnisku, zakrytych od głowy po stopy, jedna nawet miała na twarzy coś w rodzaju kagańca, metalowe (kto wie, może było to czyste złoto?) coś w rodzaju wielkich wąsów zakrywające usta. No kur...a to zwykły kaganiec i nikt niech mi nie gada o ich "kulturze". Jednocześnie te kobiety były główna klientelą najdroższych butików lotniska, naprawdę robiły ogromne zakupy nie spoglądając na ceny. Ale ja z szłam z podniesioną głową i pewnością, nie zamieniłabym się z nimi na jeden dzień noszenia kagańca nawet w zamian za cały asortyment z butiku Gucci.

6. Odnośnie konfliktu Religia a Wolność ( w moim przypadku nie mogę napisać Bóg bo jestem buddystką), mam problem z tymi poglądami odnośnie Islamu zwłaszcza w obliczu zagrożenia ze strony ISIS chcę zrobić na sobie mały eksperyment- odetnę się od identyfikowania jako "socjaldemokratka", "feministka", "buddystka", nie będę się identyfikowała z żadną grupą, chcę zobaczyć jak wpłynie to na moje poglądy. Bo jako buddystka źle się czuję nie współczując muzułmanom obcinającym głowy niewiernym, mam ochotę strzelać do nich z wieprzowych kotletów. Feminizm jest dla mnie najszerszym pojęciem i tutaj nie podziewam się radykalnych zmian, chyba nie zacznę za gwałt oskarżać ofiar, jakby tak się stało to sama zastrzelę się kotletem. A co do poglądów politycznych- jako były członek SLD mam słabość do tej formacji, tylko że dziś nie wiem jaka jest ta partia, jaki ma program i pomysły nawet na swoją dalszą pracę jako opozycja. "Lewak" jest pojęciem pejoratywnym kojarzącym się z homoseksualistami, ekologami, oszołomami wszelkiej maści. A ja jestem zwolenniczką państwa opiekuńczego, ale nie rozdającego publiczne pieniądze, z poglądem że jesteśmy równi ale różni, a granicą wolności jest tylko krzywda drugiej osoby. Dziś nie widzę polityków na których mogłabym głosować, uważam że wszyscy traktują nas jak idiotów, a kampania wygląda jak wysyp celebrytów, infantylne hasła, zero informacji o kandydacie: na czym się zna, co jego wniesie jego obecność w życiu politycznym, TRAGEDIA

7. Odnośnie "zielonych lewaków" napiszę Wam może kiedyś dlaczego nie jestem "zielona". Pracuję w branży, która jest na celowniku "ekologów", ale widzę też jak bezpodstawne są ich argumenty, zresztą rzadko są one merytoryczne, ja widzę tylko bandę ludzi, których celem jest blokowanie wszelkich inwestycji, nawet w rejonach szalonego bezrobocia. Wstyd. Na szczęście odpowiednia wpłata na "cele statutowe" czyni cuda.

7. Mam do zrecenzowania kilka fajnych książek- m.in nową książkę o Herkulesie Poirot, chociaż może zrobię to tutaj- Poirot miał zmartwychwstać, a powrócił jako zombie,. Szkoda.

Kończę, wkrótce znowu się odezwę. Pozdrawiam gorąco.
K.

poniedziałek, 1 września 2014

Witaj szkoło!

Dziś, po 20 latach przekroczyłam progi swojej dawnej szkoły. Opuszczałam ją jako dziecko, w latach kiedy piętnastolatki jeszcze po kryjomu bawiły się lalkami (robiłam to kiedy nikogo nie było w domu), a dziś wchodziłam tam  prowadząc za rękę moją córkę.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Wakacyjne wspomnienia

Niestety mój urlop skończył się już dawno, długo wyczekiwany trzydniowy weekend również (teraz czekam do listopada na kolejne dodatkowe dni wolne). Niestety po powrocie z urlopu wpadliśmy w wir pracy zawodowej, ale też domowej - małe zmiany w kuchni, długo wyczekiwany remont balkonu i duże zmiany w pokoju mojej małej uczennicy (Mała K idzie do szkoły). Ale zawsze można powspominać udany wypoczynek:

Byliśmy w Świnoujściu, już trzeci raz (w zeszłym roku zdradziliśmy tą miejscowość na rzecz Chorwacji). Przyciąga nas tam bardzo szeroka i czysta plaża (słusznie zajmuje 1 miejsce w rankingach). Pogoda była dla mnie idealna, 20-kilka stopni, więc dało się spokojnie wytrzymać na plaży, a nawet opalić stosując filtr 30.


Wieczorami wracaliśmy na plażę i długo spacerowaliśmy. Cellulit na pośladkach zniknął, a po powrocie bardzo mi tego spacerowania brakowało, odczuwałam niedobór ruchu, a w moim przypadku to bardzo dobry i motywujący objaw. Niestety przez ten cały remont nie miałam w domu kawałka wolnej podłogi żeby ćwiczyć (ach, królowa wymówek)

W deszczowy dzień wybraliśmy się w dwugodzinna podróż do Oceanarium w Stralsung. Bardzo fajne miejsce, powinno spodobać się dzieciom (ale moja Kasia narzekała i mówiła że nudy, jest jednak w tym wieku kiedy narzeka się już na wszystko)




Prognozy na kolejny dzień też nie były obiecujące dlatego pojechaliśmy na latarnię morską i do fortu Gerharda, gdzie wzięliśmy udział w fajnej zabawie - bowiem "zwiedzanie" fortu miało charakter przeszkolenia wojskowego. Cała grupa musiała przejść bardzo ciemnym korytarzem, tak ciemnym że nie widać było własnej ręki. Moja Kasia skwitowała to stwierdzeniem "szłam i myślałam, ze mam  zamknięte oczy, dotknęłam ich a one były otwarte". Tak więc nie polecam tylko osobom które mają klaustrofobię.

Tego samego dnia, wieczorem zdecydowaliśmy się na rejs statkiem pirackim. Tam było nudno, takie pływanie bez sensu, w dodatku "piraci" naciągali na głupoty, mimo że sam rejs tez tani nie był. Ale taki jest urok wakacyjnych atrakcji.

A poza tym błogie lenistwo i czytanie książek.

Niestety widać już powoli koniec lata, w sklepach pojawiają się jesienne kolekcje, co trochę mnie dołuje. W pracy szykuje mi się ciężki okres, pewnie nie obędzie się bez wielu stresów, poza tym zaczyna się szkoła, zajęcia dodatkowe ( w tym roku stawiam na dodatkowe zajęcia sportowe z uwagi na to, że moja córka jest dość..."duża"). Zobaczymy jak uda nam się pogodzić wszystkie obowiązki. W każdym razie jestem gotowa.

Pozdrawiam
K.

czwartek, 10 lipca 2014

Wakacyjna kosmetyczka

Mój urlop w tym roku będzie dość krótki, bo będziemy poza domem ok 10 dni, a jako że wyjeżdżamy nad polskie morze to mam problem z pakowaniem walizki. Rok temu w jedną walizkę spakowałam siebie i małą Kasię, zabrałyśmy same lekkie ubrania, a teraz, wiadomo, z uwagi na kapryśną pogodę trzeba brać p[podwójne komplety ubrań: na ciepłą i chłodną pogodę, do tego kalosze i płaszcze przeciw deszczowe.  Kosmetyczka też pęka w szwach, ale tutaj mam nadzieję na to, ze w drodze powrotnej będzie już dużo lżej, pozabierałam to co mam nadzieję skończę na wyjeździe. Być może skoczymy też do Niemiec, a to wiąże się z ryzykiem zakupu kolejnych kosmetyków z Balea lub Alverde (nie miałam nic z tych marek, ale jest o tym tak głośno, że chyba się skuszę).

Ok, przede wszystkim filtry:
Cała gama marek i SPF-ów: od 50tki Fiosleku (to na twarz, uszy itd), po 30 z Lancaster (do twarzy) i Avene (olejek do ciała i chyba włosów- to jest akurat jeszcze nie używane), 20 z Lirene o zapachu gumy balonowej i 6 dla P (no przecież koniecznie musi się opalić, więc będzie cud jeśli go przekonam do tej Kolastyny). A na wieczór do podkreślenia moich opalonych z białego na ecru nóg jakiś zabytek z zeszłorocznego glossy box= olejek rozświetlający z Pat & Rub. Wiem, że jest tego dużo, ale kremy do twarzy skończę na 100% bo mam je już drugi rok (może filtry już tracą swą moc? Nie wiem, lepsze to niż nic)


Pielęgnacja: szmapon i odżywka Garnier - mam je po raz peirwszy, a;le była promocja, a ja myję włosy na wakacjch częściej, wiadomo jest cieplej a do tego piach, wieć moze nie przywiozę tego z powrotem.
Balsam pod prysznic nivea, nie robi nic, ale chcę go skończyć, poza tym będzie pełnił funkcję żelu do golenie (pomimo kilkudniowych szaleństw z depilatorem, woskiem ciepłym i zimnym, chyba będzie potrzebny)
Balsam Mixa, niby dla dzieci, niby nawilżający... do wykończenia i wyrzucenia.
Żel pod prysznic o nazwie nie do wymówienia i przepisania- ot żel jak żel, zapach wanilii ładny

.
Bez psikacza do włosów się nie obędzie.
Resztka kremu do twarzy i krem pod oczy AA (bardzo lubię kosmetyki Oceanic, polskie a dobre, a raczej dobre bo polskie?)
Miniatura płynu Yoskine - miałam jeszcze miniaturę Biodermy, której nigdy nie używałam, ale ten ma zdecydowanie lepsze zamknięcie.

I płyn do dezynfekcji rąk- na plażę i do samochodu, przed podjadaniem.

Ognista czekolada na włosach, myślałam, że to będzie wpadało bardziej w rudy odcień, ale niestety znów jestem brunetką. Na szczęście się zmyje kolor to pójdę do fryzjera na ścięcie i farbę. Tyle miesięcy rozjaśniania włosów do rudego i wszystko spartaczyłam.,





I kolorówka: nie jest tego dużo, ale tusz do rzęs zakończy wkrótce żywot, choć służył długo i dobrze. Zamiast podkładu wzięłam próbki, do tego miniatura perfum, jakaś resztka różu, kolorowa kredka, której chyba nie będę używała, bo bardzo mnie uczula, a pewnie i tak nie będę się malowała,

Staram się kończyć kosmetyki nim kupię nowe, nie zawsze się udaje, ale myślę, ze po urlopie będę się wybierała na zakupy. Ale póki co będę się odprężała, nie pomyślę ani o domu, w którym pod naszą nieobecność będzie się odbywał remont, ani o pracy w której zawsze dzieje się dużo, ani nawet o zakupach. Po prostu morze, plaża, książki i słodkie nic nie robienie.
Udanych wakacji
Kasia

wtorek, 8 lipca 2014

Przeczytane, do przeczytania... na wakacjach

Jakiś czas temu skończyłam czytać nowo zakupione książki, wbrew projektowi denko domowej biblioteczki. Zadowolona byłam z dwóch: "jabłoń w ogrodzie, jesień jest blisko" o której pisałam oddzielnie i z "zamień chemię na jedzenie". Dwie kolejne może nie tyle mnie rozczarowały co po prostu nic nie wniosły.


O "zamień chemię na jedzenie" Julity Bator nie będę się rozpisywała, jest masa ciekawych jej recenzji. Powiem tyle, ze dzięki niej zmieniłam trochę sposób patrzenia na żywność. Zawsze czytałam etykiety, ale pozwalałam sobie na "chemię" (nie w nadmiarze) bo nie do końca wiedziałam jakie są jej konsekwencje. A raczej patrząc na etykiety zwracałam uwagę na zawartość mięsa w mięsie czy kultowego "cukru w cukrze". Teraz staram się odrzucać to co nie potrzebne. Wolę kupić dobrą czekoladę niż landryny czy żelki, nie kupuję dziecku wody z cukrem i aromatem truskawkowym (i ona też już wie że to ściema-tzn takie soki i wody). Po prostu jestem bardziej świadoma. Zrobiłam taż sama 3 razy chleb, dwa razy nie wyszedł, ale raz był bardzo dobry :-) Ogólnie jednak pieczywa nie jemy dużo, więc szkoda czasu.

"Jackie czy Marylin" Pameli Keogh to książka bez której po prostu bym się obeszła. Uwielbiam Marylin, ale zabawy w stylu "jesteś Jackie czy Marylin" na początku książki mnie wkurzały i nie przekonywały do lektury. Potem było trochę lepiej. Jak ktoś lubi książki o stylu to polecam.

"Zaklinacz czasu" miał świetne recenzje i chyba dobry marketing. Ja nie znoszę takich "pouczających" historii, które mają nami poruszyć, czy wzruszyć. Mnie to nie ruszyło, nie zmusiło do zatrzymania się i zastanowienia nad... no właśnie nie wiem nad czym miałam się zastanowić? Nad sensem życia? Nad przemijaniem? Pewnie bym to zrobiła, gdyby opisane historie nie były tak banalne i przewidywalne.

A na wakacje zabieram "Maga" którego zaczęłam czytać rok temu w Chorwacji, później okazało się, ze był za duży żeby go zabierać do autobusu i tak leżała i czekała na swoją kolej.


"Doktor sen" to kontynuacja "Lśnienia", Danny jest już mężczyzną, niestety z problemami. Książka również rozpoczęta ok 3 miesiące temu, ale nużył mnie początek. Spróbuję jednak ponownie i może rozkręci się tak jak inne powieści Kinga.

Udanych wakacji,
Kasia

"Jabłoń w ogrodzie, jesień jest blisko" czyli wspominanie Małgorzaty Braunek

"Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko" w zasadzie miało się znaleźć w zbiorczej recenzji książek, które ostatnio przeczytałam. Jednak  śmierć Małgorzaty Braunek  sprawiła, że chciałam napisać o niej krótki, oddzielny post.


Uważam, że nie umiem pisać dobrych recenzji, nie potrafię streścić fabuły tak aby nie zdradzić najważniejszych wątków które powinny zaskoczyć czytelnika, staram się wiec na ogół mówić czy książka mnie osobiście się podobała i dlaczego lub co mi się nie podobało. Tą książkę trudno streścić, to bardziej wywiad - rzeka który przeprowadzał z Małgorzatą Braunek jej przyjaciel Artur Cieślar. I tak na kartach książki wyłania się przed nami obraz dziecka, zbuntowanej i chronicznie zakochującej się nastolatki, utalentowanej aktorki, żony (wielokrotnej), matki, osoby poszukującej swojej ścieżki duchowej i takiej która w końcu ją znalazła w buddyzmie zen, mistrzyni (Roshi) zen, jak również po wielu latach ponownie aktorki.

Powiem szczerze, moja ocena tej pozycji na pewno będzie lekko nieobiektywna. Miałam wielką słabość do pani Braunek i po prostu chłonęłam jej słowa z zachwytem. Na pewno sposób jej myślenia bliższy jest osobom, które w życiu wybrały podobną ścieżkę duchową, wiecie, ze jestem buddystką (staram się być, to bardzo ciężka praca) tak więc po części odbieram ten tekst jako wykład, chociaż nie znajdziecie tam ani grama agitacji. Ale prawda jest taka, że te wszystkie słowa mają uniwersalną wartość, niezależnie kim jesteście myślę, że będziecie mieli prawdziwą przyjemność z czytania ich. Tak więc gorąco polecam.

Zmarła kobieta, która na zawsze wpisała się w historię sztuki filmowej, zmarła żona i matka, zmarła nauczycielka swojej sanghi.  Nie będę udawała, że widziałam wszystkie jej filmy, właściwie pamiętam tylko "Potop", "Lalka" z jej podobno genialną kreacją już na mnie czeka, ale powiem Wam, ze mam do siebie o coś żal: już chyba 2 czy 3 lata temu wybierałam się na wykład lub medytację do Małgorzaty Braunek, nie dlatego, ze była znaną aktorką, ale dlatego, że odpowiadała mi jej wizja buddyzmu, poza tym chciałam chyba też trochę uczyć się od kobiety. Oczywiście nigdzie się nie wybrałam,( za daleko miałam do Warszawy?)  jak zwykle znalazłam sto wymówek, przecież miałam czas. To była po prostu jedna z wilu szans jakich nie wykorzystałam w życiu.

Pozdrawiam
Kasia.

środa, 18 czerwca 2014

Czy kobiety nie pracujące "siedzą w domu"?





Pytanie do kobiet „siedzących w domu” z dziećmi w wieku 0 -6 lat: czy macie czas a jeśli tak to ile na siedzenie? No wiecie, usiąść przed telewizorem i słodko nic nie robić? Dlaczego pytam – wyjaśnię zaraz opowiadając historię mojego poniedziałkowego konfliktu w z kolegą z pracy, który rozpętał się niczym wojna kiedy stanęłam w obronie zony wspomnianego kolegi.
Dla wyjaśnienia- jestem w tej cudownej sytuacji, ze w wychowaniu dziecka mogli pomóc mi rodzice. Wróciłam do pracy tuż po urlopie macierzyńskim który wtedy trwał chyba, oz grozo 18 tygodni. Dziś myślę, że zostawiłam w domu bardzo małe dziecko i cieszę się, że inni rodzice mogą zostać z dziećmi dłużej ciesząc się urlopem macierzyńskim i rodzicielskim. Tylko, ze ja osobiście bardzo się w domu męczyłam i za pracą, kontaktami z ludźmi tez bardzo tęskniłam. Ale jak pisałam wcześniej- zostawiłam dziecko pod najlepszą na świecie opieką.
Inna sprawa- jestem zwolenniczką i gorąco namawiam kobiety aby były finansowo niezależne, tak wiec uważam że powinny pracować zawodowo, choć nie koniecznie w korporacji, ale o ile nie rozumiem kobiet paprotek, które leżą, pachną i są ozdobą swojego męża o tyle absolutnie rozumiem sytuację, w której jest małe dziecko, żłobek to abstrakcja lub po postu zdrowie nie pozwala, nie ma rodziny która mogłaby pomóc, a pracowanie aby opłacić niańkę oczywiście mija się z celem.
W mojej pracy mężczyźni to ok 85-90% załogi. Wielu z nich może sobie pozwolić, aby ich żony nie pracowały zawodowo, zajmują się domem i dziećmi, oczywiście najczęściej w sytuacji kiedy dziadkowie nie mogą pomóc. Ale tutaj musze ich pochwalić – zawsze mówią o tym nawet nie z dumą („stać mnie to zona nie pracuje”), ale raczej z podziwem i szacunkiem, że „zajmuje się” „pracuje” … w domu, z dziećmi itd., jeśli ustalili tak podział obowiązków to obie strony starają się ze swoich wywiązywać i doceniają to nawzajem. Jest jednak jeden  przypadek – kolega który z żoną zdecydował się na dwoje dzieci pod rząd, tak aby druga ciąża była podczas pierwszego macierzyńskiego- w ten sposób później zwolnienie lekarskie i kolejny macierzyński- tak to przynajmniej wygląda. Dla osób które planują więcej dzieci z mała różnica wieku to chyba dobre rozwiązanie. Tylko, gdzie myśl „co dalej”? macierzyński się kończy, dzieci w żłobku chorują na potęgę, w przedszkolu nie lepiej i tak kilka lat prawie cały rok szpital w domu, wizja powrotu do pracy staje się coraz bardziej odległa. A ojciec- zapewne szczycący się  mianem głowy tej rodziny zaczyna już narzekać, że przecież on sam zapierdalać na tą rodzinę już nie da rady, koszty są wysokie, wszystko kosztuje, no ta zona to koniecznie wrócić do pracy musi. Zwierza się chłopina zupełnie nie potrzebnie jak to mu źle, do tego żona na seks nie ma ochoty (takie rzeczy mówić w pracy?). A ostatnio rozmowa była o urlopie i oczywiście z miną cierpiętnika znów wygłosił na głos swoje największe chyba marzenie „mam nadzieję, ze to ostatni sezon kiedy moja zona siedzi w domu”. Ja z uśmiechem na twarzy i absolutnie nie strofując powiedziałam „chyba pracuje w domu? Bo dzieci dopieszczone, dom posprzątany i obiad ugotowany” dodałam jeszcze, ciągle serdecznie, ze takie mówienie, choćby nawet nie miało się nic złego na myśli jest bardzo szkodliwe, bo potem dzieci o swoich mamach mówią ‘nie pracuje, siedzi w domu” lub „moja mam nic nie robi”. A ten jak na mnie huknął, że ma serdecznie dość łapania go za słówka i że w dupie ma moją opinię. Wcięło mnie totalnie, zaczął obchodzić, ja również, ale słysząc jego ciągłe gadanie dodałam, że ja też mam w dupie jego narzekanie, sam wybrał taki model życia.
Powiem szczerze, że zastanawiałam się nad ta sytuacją, było mi trochę przykro, ale pomyślałam później, że ten chłopak stanowi w naszej pracy jednoosobową lożę szyderców- śmieje się z każdego, każdemu przypisuje mało ciekawe ksywki, bardzo nie ładnie demonstruje swoją niechęć do kościoła specjalnie tak aby osoby wierzące (ale tylko jeśli są kobietami) go słyszały. Swoją drogą poglądy ma bardziej skostniałe niż nie jeden słuchacz Radia Maryja. I wtedy sobie pomyślałam, ze miałam rację, poza tym ktoś kto nieustannie krytykuje innych powinien meic więcej samokrytycyzmu. Będę go łapała za słówka za każdym razem, bo jak wiecie sposób wypowiedzi robi ogromną różnicę w odbiorze- przykładem niech będą „polskie obozy pracy”.
Co do mojego kolegi- chciałabym żeby zamienił się miejscami ze swoją zoną na choćby dwa tygodnie, kiedy dzieci chorują- są marudne, trzeba pamiętać o lekach, posprzątać, ugotować, często czegoś brakuje a wyjść z domu nie można. Jego małżonce współczuję życia pod presją zajmowania się dziećmi i jednocześnie tego że musi iść do pracy, kto wtedy weźmie zwolnienie w przypadku kolejnej domowej infekcji? Takie kobiety niestety pracują na dwa etaty – 8 godzin zawodowo, kolejnych kilka w domu, ale przecież niektórzy panowie „pomagają przy dzieciach”. Jak można „pomagać” przy swoich dzieciach? Na szczęście dużo się zmienia i ogólnie widzę wielu wspaniałych ojców i coraz więcej młodych rodzin którzy dzielą się obowiązkami domowymi. Nie jestem zwolenniczką płacenia kobietom za zajmowanie się domem i dziećmi bo ci którzy pracują zawodowo (obie płcie) również, głównie wieczorami wykonują te same obowiązki, ale ta pracę należy szanować jak każdą inną, mimo iż nie przynosi pieniędzy do domowego budżetu.

piątek, 13 czerwca 2014

Sumienie, a sprawa kobieca

Boli mnie to, że kobiety traktuje się jak idiotki. Uwierzcie mi, nigdy osobiście idiotki nie spotkałam.  Znam kobiety o różnych światopoglądach, ale przecież nie głupie.
Więc dlaczego się nas tak traktuje? Czasem warto było reagować, ale myślę że przyszedł najwyższy czas żebyśmy mówiły same za siebie i stanowiły o naszej godności czy zdrowiu.
Kiedy kilka tygodni temu Maleńczuk wypowiadał się, że kobiety nie powinny właściwie wychodzić z kuchni, że ich miejsce to dom, kuchnia przy garach i dzieciach nie warto było reagować. Ot, osobista idiotyczna wypowiedź człowieka który żadnym autorytetem nie jest. Dla mnie nigdy nie reprezentował moralnie czy artystycznie wiele, a sam wygląda tak jakby nie dojadał, więc może dlatego tak o tej kuchni się rozgadał.
Kiedy miesiąc temu Korwin Mikke gadał już większe głupoty – o tym, że kobiety są mniej inteligentne od mężczyzn i nie powinny mieć prawa do głosowania to należało tylko przewrócić oczami z politowaniem i może zaproponować ogólnonarodowy test inteligencji aby na nowo przyznać prawa wyborcze tym którzy mieszczą się w odpowiednich normach IQ. Kiedy sepleniąc się i śliniąc jak zawsze zaczął już uważać się za autorytet w dziedzinie psychologii i seksuologii twierdząc, że kobiety zawsze się „troszkę gwałci” bo przecież zawsze się trochę opierają robiło się już niesmacznie, ot, starszy pan, od lat próbujący bezskutecznie dostać się do polityki wygaduje bzdury, których nikt oprócz innych zboków nie traktuje serio.
Niestety oblechowi udało się do polityki dostać, pozostaje mieć nadzieję, że tylko ze względu na poglądy gospodarcze, bo ludzie mają prawo w obecnej sytuacji czuć się biedni i mają prawo mieć nadzieję na lepsze jutro jeśli znajdzie się ktoś kto je obieca.
Ale nagle pojawia się klauzula sumienia…. I jej konsekwencje…

Rozumiem sumienie kobiet  tych które urodzą dziecko z gwałtu. Jeśli znajda w sobie tyle siły a może i miłości to wspaniale. Ale rozumiem też te kobiety, które się na ten krok nie zdecydują, to ten rodzaj bohaterstwa, a może poświęcenia którego nie powinno się od nich wymagać
Pamiętam jak zwolennicy pro life w dyskusji z tzw „aborcjonistami” (co to w ogóle za słowo?)  mówili, żeby w takiej sytuacji kobieta była inkubatorem dla tego dziecka.  Co się dzieje do cholery? Nie ma już płodów bo od momentu poczęcia jest dziecko, ok niech i tak będzie, jest życie poczęte nienarodzone (?), jest stan błogosławiony a nie ciąża, tylko nagle kobiet nie ma? Są inkubatory? Żywe maszynki? Odczłowieczone głupie istoty –donoś dziecko, urodź siłami natury, najlepiej bez znieczulenia a potem „przecież można oddać”. Tak, po porodzie Ty ciągle jesteś przedmiotem, tak jak i to dziecko, które teraz już nikogo nie obchodzi.

I tak Terlikowski ma materiał na piękny artykuł- oto 11 latka została zgwałcona przez kuzynów w wyniku czego zaszła w ciążę. No ale przecież lepiej żeby ciąży nie usuwać, bo do końca życia psychicznie sobie z tym nie poradzi. I znów tyrady o dziecku w łonie dziecka – oj co ja piszę, wszak to nie łono, absolutnie nie macica, wszyscy wiedzą, że dziecko nosi się pod sercem. Cała społeczna dyskusja o 11 latce – powinna urodzić czy nie? Powinna skorzystać z obowiązującego prawa czy nie? Czemu nie ma tak gorącej dyskusji o tym, żeby 14 i 15 latkowie nie gwałcili swoich kuzynek? Czemu przy takich okazjach mówi się o ofierze, a nie katach? Czemu przy takich tragediach nie nagłaśnia się historii sprawców? Czemu nie ma krzykliwych artykułów o tym, ze gwałt jest zły, jak wpływa na psychikę kobiety, dziecka? Wszak to również grzech (seks przedmałżeński u pary, która zamieszkuje razem przed ślubem może nie być rozgrzeszony, a gwałt? Jaka jest pokuta za gwałt?). Ci którzy modlą się tu za poczęte dziecko niech lepiej modlą się za jego matkę, aby dostała wszelką niezbędną pomoc medyczną, psychologiczną, żeby niezależnie od decyzji swojej i jej rodziny udało jej się z traumą i konsekwencjami gwałtu poradzić.

A oto kobieta, która ma urodzić dziecko bez szans na przeżycie, dziecko bez czaszki. Ma prawo do legalnej aborcji. Nikt nie powie mi, że to „aborcjonistka”, bo gdyby tej ciąży nie chciała to usunęłaby ją nawet nielegalnie na samym początku. Ale kobieta czuje już ruchy dziecka, które ma być przecież piękne, zdrowe i różowe, no wypisz, wymaluj jak  z reklamy. I nagle diagnoza która zwala z nóg. Kobieta ma tu prawo do dwóch decyzji i obie powinny być szanowane. Ale decyzji tej kobiety nie uszanowano wcale. Ot profesor- dyrektor szpitala objął swoją klauzulą sumienia całą placówkę której był szefem. Lawirował, ąz minął termin w którym zabieg aborcji można przeprowadzić. Oczywiście do tego dochodzą inne aspekty, te będą badane przez prokuraturę – profesor nie wskazał innej placówki, w której decyzja kobiety mogła być uszanowana. Bo wszak chodzi tu nie tylko o to kto jakie ma sumienie ale o to, że potraktowano ją jak idiotkę, jak obywatela innej kategorii, po prostu pozbawiono ją praw. Ubezwłasnowolnili ją.
Możemy się zastanawiać, każdy we własnym sumieniu co by zrobił na jej miejscu, w telewizji były gorące dyskusje, tylko nie usłyszałam jednego- czy płód/ dziecko rozwijające się w MACICY matki bez czaszki cierpi? Czy i jaki ból czuje kiedy jego głowa rośnie w nienormalnym tempie? Czy warto skazywać je na kilka miesięcy takiego „życia”? Być może matka w odruchu największej miłości a nie egoizmu chce to cierpienie skrócić? Ma prawo skrócić je dziecku i sobie.

W dwóch powyższych przypadkach choć tragiczne, kobieta ma wybór, który zawsze, niezależnie od tego jaki by nie był musi być uszanowany przez wszystkie środowiska. Niestety często jest tak że na szacunek zasługuje tylko dziecko, tym większy im bliżej jest fazy zygoty. Wszystkim tym którzy namawiają do urodzenia i do oddania do adopcji zadam pytanie: jak wiele dzieci adoptowałeś? Nie można przecież zakładać, że przecież najdzie się ktoś kto pokocha np. to nieuleczalnie chore dziecko, z którym być może nie ma kontaktu, nie ma szans na jakiekolwiek postępy w rozwoju. Czemu zakładasz że jest na świecie ktoś, czemu to nie Ty?

Ale jest trzeci przypadek- kiedy ciąża zagraża życiu matki. Przykro mi, ale nigdy nie zrozumiem, tej heroicznej postawy życie za życie. Wiem, że to cierpienie musieć się ratować kosztem zdrowego dziecka. Ale nasze życie też ma sens, też jesteśmy dla kogoś ważne. Co to za bohaterstwo wydać na świat dziecko i je od razu zostawić? A ono będzie żyło z poczuciem że odebrało życie matce – bo kiedyś znajdzie się życzliwy który tą wiadomość przekaże. Zdziwiło mnie kiedyś zdanie wypowiedziane przez pracownika szpitala w którym przy porodzie zmarła albo matka, albo dziecko (nie pamiętam) – brzmiało ono mniej więcej tak „nie wiedzieliśmy kogo ratować: dziecko czy matkę”. Naprawdę? Nie wiedzieliście? Tragedia.

Trzy opisane powyżej przypadki dotyczą legalnych możliwości przerwania ciąży. Są środowiska, które uważają, że to za mało, że bo powinna być możliwa jeszcze aborcja ze względów społecznych. Inne uważają, że to stanowczo za dużo, że aborcja powinna być zakazana w każdym przypadku (czyli w jednym byłoby to skazywanie kobiet na śmierć).
Zwolennicy tej drugiej opcji nazwaliby mnie „aborcjonistką”, tak uważam, ze w niektórych sytuacjach „społecznych” również powinna być możliwość wykonania legalnego zabiegu, bo one są wykonywane, tylko trzeba mieć pieniądze. Czyli kto traci? Tu ofiarami systemu są zawsze najbiedniejsze kobiety. Ale mamy prawo jakie mamy i wygląda na to, że już przestało być ono kompromisem, więc należy ze wszelkich sił go bronić, bo jest to obrona naszych praw. Przecież nikt nie zmusza do aborcji kobiety zgwałconej, daje jej jedynie prawo. Chciałabym, żeby świat był tak pięknym miejscem, żeby prawo do aborcji było martwe, z całego serca chciałabym aby każde dziecko na świecie było chciane i kochane. Może o to należy się modlić? Zabieg nie powinien być metodą antykoncepcji, ale skąd mamy brać antykoncepcję kiedy klauzula sumienia obejmuje również to? I nie przekonują mnie argumenty, że metoda antykoncepcji powinna być wstrzemięźliwość. Czy to się komuś podoba czy nie ludzie (w tym oczywiście kobiety) są istotami seksualnymi, mają potrzeby seksualne nie tylko w celach prokreacyjnych. To nasza ludzka natura.  To oczywiście niektórym kojarzyć by się mogło z hedonizmem, ale w takim razie co z kobietą z malej miejscowości, bez dostępu do nowoczesnej antykoncepcji, której mąż wracając wieczorem pijany do domu musi dać upust swojej chuci (a przecież prezerwatywy nie założy). Co z nią, praktycznie gwałconą w domu? Kto uzna jej prawo do aborcji dziecka poczętego z gwałtu w świętym małżeństwie? Ani aborcji, ani antykoncepcji bo lekarz ma sumienie, poza tym on przecież wie co dla kobiety najlepsze, wszak jest lekarzem, z dyplomem, kimże Ty jesteś kobieto aby podważać jego autorytet?

Pozdrawiam nas wszystkie niezależnie od poglądów. Szanujmy nasze decyzje i siebie nawzajem, ale przede wszystkim brońmy swoich praw.

wtorek, 10 czerwca 2014

Jeśli bije Cię mąż / chłopak / konkubent

Z cyklu "najprostsze porady są najlepsze":
Jeśli żyjesz w toksycznym związku, jeśli ktoś Cię bije lub poniża zrób to co Tina:

Prawda jest taka, że odejść powinno się po pierwszym razie kiedy ktoś (to może być chłopak, mąż, ale przecież też dziewczyna czy żona) Cię uderzy. Na 100% uderzy ponownie, zwłaszcza, że nie poniósł żadnej konsekwencji za pierwszym razem. Jaki jest cel bicia? Władza. A co jest celem władzy? Nie pieniądze, celem władzy jest sama władza.
Co więc trzeba zrobić? Odejść. To jest jedyne rozwiązanie. Tylko, że jak to w życiu odejść często jest ciężko, jest szereg zależności: finansowa, emocjonalna, społeczna, religijna (własny krzyż trzeba dźwigać). Ale nigdy nie bądź ofiarą! Nie daj tej satysfakcji. Nie nadstawiaj drugiego policzka, bo będziesz odwiedzała dentystę dwa razy. Oddaj mu.
Trudno, namawiam tu do przemocy, ktoś może mi zarzucić, że obrona tylko rozjuszy napastnika, ale prawda jest taka, ze jego ataki będą się nasilały a Ty wtedy będziesz czuła się coraz słabsza. Także najpierw wpierdol mu już kiedy pierwszy raz podniesie na Ciebie rękę.
Najlepiej oddaj mu i wyjdź i nigdy nie wracaj. Jego z moich ulubionych powiedzeń, które jest moim życiowym motem brzmi: "lepiej umrzeć stojąc niż żyć na klęczkach".

Dlaczego o tym piszę? Po pierwsze przypomniałam sobie, że taki był pierwotny cel tego bloga, po drugie przypomniałam sobie wyniki ankiety sprzed wielu lat, w której ogrom kobiet mówił że zna inną, która jest ofiarą przemocy domowej, ale nikt nie deklarował że tą ofiarą jest. Więc gdzie one były? Czy wciąż wstydem jest przyznać się do tego? Dlaczego częściej wstydzi się ofiara niż agresor? Tak jest z biciem tak jest z gwałtami.

Przyznaję się więc że zdarzało mi się spotykać z kimś kto był uosobieniem spokoju, ale oczywiście po jakimś czasie nie wytrzymywał, trzeba było jednak mnie odpowiednio ustawić i jakoś tak "ręka im się omsknęła" i przysięgam Wam, że nigdy nie pozostałam im dłużna.

wtorek, 3 czerwca 2014

Mediolan

I tak wylądowałam w Mediolanie- służbowo niestety, a wiadomo że wiąże się z tym absolutny brak nadziei na zwiedzanie czy jakąkolwiek inną przyjemną formę wypoczynku. Jak to w korporacji- koszty i czas muszą być zoptymalizowane.

Prawda jest taka, że mnie podróżowanie średnio pociąga, nawet wyjazd na wakacje jest dla mnie ciężki, ja chyba nie lubię wychodzić z gniazda. Podróżowanie służbowo to dla mnie męka, bo jestem trochę aspołeczna, spotkania z obcymi osobami i "small talk" z nimi są dla mnie prawdziwym wyzwaniem. Ale czasem trzeba...

Z drugiej strony w delegacji byłam w naprawdę ciekawych miejscach- Francja, Szwajcaria, Hiszpania, Tajlandia, ale co z tego kiedy dobrze poznać udawało się jedynie lotniska i pokoje hotelowe (tzn swoje).

Dzisiejszy lot z Warszawy do Mediolanu był opóźniony o 2 godziny z przyczyn technicznych. Przyznam, ze czułam sie trochę jak bohaterka filmu "Oszukać przeznaczenie", miałam jakies dziwne myśli, ale starałam się podejść mimo wszystko do tego pragmatycznie. Dziwne było zachowanie mojej córki od rana, wyjątkowo przezywała to rozstanie, chociaż rozstawałysmy się już na dłużej, a stojąc nad moją walizką powiedziała "oto grób mamy". Tak więc jesli w czwartek robije się samolot LOTu to ja tam będę. To oczywiście makabryczny żart, ale musze trochę oswajać swoje lęki.

Pogoda jak wiecie nie dopisuje i się zaziębiłam, to przypomniało mi moją wyjątkową delegację do Hiszpaniii- wyjątkową, bo jak nie wierzę w pecha to wtedy coś los mi nie sprzyjał:
Zaczęło się od tego, że dzień przed wylotem była okropna śnieżyca, wracałam z pracy z wypożyczonym laptopem (bo wtedy pracowałam na stacjonarnym komputerze) który był potrzebny na szkoleniu na które miałam lecieć. Autobus utknął w połowie drogi i wszyscy wysiedliśmy, marzłam tak na przystanku chyba 1,5 godziny płacząc już ze strachu, że paraliż komunikacyjny nie pozwoli mi wrócić do domu.
Na drugi dzień pojechałam pociągiem do Warszawy, w której tez dało się odczuć skutki śnieżyc. Autobusem z dworca na lotnisko jechałam 1,5 godziny. Lot do Barcelony był ok, ale doleciałam już konkretnie chora. Na szkoleniu szybko zabrakło mi chusteczek i w międzynarodowym towarzystwie smarkałam w papier toaletowy. Szkolenie odbywało się w grudniu, w turystycznym miasteczku Tarragona, niestety wymarłym o tej porze roku. W każdym razie wybrałam się "do maista" zobaczyć o której mam autobus do Barcelony na lotnisko następnego dnia rano. Kiedy stałam na przystanku przejeżdzał obok mnie samochodem jakiś chłopak, który potem śledził mnie do hotelu- uwierzcie to było na prawdę przerazające- pustki, żadnych ludzi na ulicach i jadace za mną powoli auto...
To nie koniec, tu pech zaczął się wzmagać...
Wieczorem popsuło się światło  w moim pokoju, a obsługa hotelowa nie kwapiła się do rozwiązania tego problemu, wg nich mogłam przecież spokojnie siedzieć bez prądu. W końcu dali mi inny pokój, tam nie działał telewizor (usypianie przy włączonym telewizorze uspokaja mnie w hotelach), a ja wpadłam w panikę i popłakałam się na myśl, że rano o 6 muszę wyjść na autobus i iść po ciemku na przystanek autobusowy.
Następnego dnia rano nie zadzwonił mi budzik w telefonie- pierwszy i ostatni raz, na szczęście obudziłam się sama wystarczająco wcześnie żeby zdążyć na autobus do Barcelony. Do Polski miałam lecieć z przesiadką w Kopenhadze. Tam wsiadał również mocno podchmielony chłopak w swetrze w renifery (niczym Mark Darcy). Zgadnijcie obok kogo miał miejsce w samolocie? Tak, tuż obok mnie, a w dodatku ja siedziałam od okna więc jeszcze swoim potężnym cielskiem wbijał mnie w ścianę. Chłopak najpierw pijacko zagadywał, potem usnął- i tu zaczął się koszmar: przez sen wciągał swój karat który grał i bulgotał mu w nosie i gardle. A ja miałam odruchy wymiotne i zakrywałam uszy żeby tego nie słyszeć i odwracałam głowę jak mogłam najmocniej. Na szczęście ulitowała się jedna stewardessa i przesadziła mnie na jedyne wolne miejsce, gdyby nie to stanowiłabym z "Markiem Darcy" niezłą parę obrzydliwców, on zasmarkany, a ja zarzygana z obrzydzenia.
W końcu hurra... dotarłam do Warszawy, pojechałam na dworzec i wsiadłam w pociąg do Łodzi. Niestety w pociągu wysiadło ogrzewanie i światło i oczywiście były dodatkowe postoje (wiadomo- śnieg), tak więc marzłam w ciemności kilka godzin.

Tak, to była moja najbardziej pechowa podróż. Dzisiejsza zdecydowanie jest lepsza, chociąz właśnie usłyszałam lecący samolot- słychać go w tym hotelu bardzo wyraźnie i głośno. Na szczęscie mam dobry mocny sen.

Skoro o śnie mowa- jest już 23:15. Lecę pod prysznic i się kładę. myślałam, ze zdążę nadrobić blogowe zaległości i poczytać wpisy moich ulubieńców, ale może jutro.
Dobranoc.
K.

niedziela, 1 czerwca 2014

Dzień Dziecka

Od 6 lat Dzień Dziecka to dla mnie wyjątkowe święto, 6.5 roku temu  zostałam matką. Nie idealizuję macierzyństwa, nie przypisuję mu magicznej roli w swoim życiu, nie uważam, że nadaje mu jedyny sens. Nigdy nie miałam silnego instynktu macierzyńskiego jeśli pod tym pojęciem kryje się jakaś niewyjaśniona i silna chęć posiadania potomstwa. Patrząc na dzieci nigdy nie zadrżało mi serce a myślach nie pojawiła się myśl "ja też chcę". Ale będąc w ciąży wiedziałam że chcę właśnie to konkretnie dziecko.

Cudze dzieci nadal mnie nie wzruszają, ale zawsze jestem wrażliwa na ich krzywdę. Jestem przeciwniczką bicia dzieci, uważam że dziecko ma swoją godność i tak jak nie mogę podejść na ulicy do człowieka który się źle zachowuje i po prostu dać mu klapsa czy zwyczajnie go zbić (no chyba, że jego zachowanie komuś by zagrażało) tak i nie mogę bić kogoś komu sama dałam życie, przecież ono na świat się nie prosiło. Złe zachowanie dziecka jest zawsze spowodowane błędami rodziców i widzę to na swoim przykładzie, zawsze tam gdzie byłam niekonsekwentna pojawiały się problemy z zachowaniem mojej córki.

Uważam też, ze choć miłość jest najważniejsza to rodzice muszą być w stanie dać coś dziecku poza miłością. Nie wzruszają mnie rodziny z 8 czy 10 dzieci w których starsze zajmują się młodszymi, nikt nie pracuje i jakoś się żyje, bo przecież się kochają. Jest pewne minimum które materialnie i emocjonalnie trzeba dziecku zapewnić.

Dzień Dziecka jest trochę jak Walentynki. Walentynki powinny być przecież każdego dnia, a nie raz w roku i dzieci powinny się czuć jakby miały swoje święto codziennie.


Życzę wszystkim dzieciom, aby miały marzenia, aby te marzenia udało im się realizować, aby miały zapewnione prawdziwe dobre i beztroskie dzieciństwo, aby nie doświadczały przemocy, żeby na swojej drodze spotykali inspirujących ludzi którzy pomogą im zrozumieć świat.
Właściwie życzę nam wszystkim spełnienia wszelkich marzeń, wszyscy jesteśmy przecież dziećmi więc niech to będzie i nasze święto.

sobota, 31 maja 2014

Zawód przyszłości

Cześć

Maj to był gorący miesiąc, zwłaszcza dla maturzystów, może matura wcale nie jest najtrudniejszym egzaminem (przynajmniej ja niejednokrotnie miałam gorsze), ale na pewno jednym z najważniejszych, ma bowiem ogromny wpływ na nasze dalsze decyzje lub zwyczajnie zawodową przyszłość. Prawdopodobnie każdy maturzysta mniej więcej wie czy i co będzie studiował, teraz kiedy matury są jednocześnie egzaminami  wstępnymi na studia plany te muszą być sprecyzowane odpowiednio wcześnie. Ja zdawałam maturę "starym" trybem, pamiętam też stres ale i podniecenie jakie towarzyszyło mi podczas egzaminów wstępnych na kierunek o którym marzyłam od dzieciństwa. Pamiętam też smak porażki... ale  że każde niepowodzenie staram się traktować jako nową szansę dziś pozostał mi tylko pewien sentyment i zastanawiam  się czasami czy byłabym dobrym lekarzem. Ale dziś mimo wszystko jestem w dobrym miejscu i przecież niczego bym nie zmieniła.
Ale nie o mnie miało być.
Co jakiś czas pojawiają się rankingi przyszłości. Czy pamiętacie takowe w czasach Waszych matur? Ja pamiętam. Maturę zdawałam w 1999 (cholera, 15 lat temu) i wtedy  "kreatorzy kariery" wytypowali jako przyszłościowe następujące kierunki studiów:
- ochrona środowiska (na wypadek wejścia do UE- wiadomo potrzebna będzie masa świetnie wyszkolonych urzędników)
- europeistyka (wiadomo, potrzeba kolejnych urzędników)
- biotechnologia i tym podobne kierunki "bio" (bo to wielka przyszłość, również dziś, tylko że w Polsce niewiele się dzieje w tej dziedzinie)
- informatyka (a  jakże, ale wtedy dopiero zaczynał się boom, znałam chłopaka który poszedł na informatykę (w szkole prywatnej) i sam mówił, że nie potrafił włączyć komputera, w każdym razie chyba była to umiejętności bezwzględnie wymagana, bo finalnie i tak studiów nie skoczył)

W tamtych czasach nie namawiało się aż tak bardzo do nauki na kierunkach ścisłych, owszem, wiadomo było, że chłopcy będą je częściej wybierać, dla dziewcząt pozostawało uczyć się na urzędników na polecanych wyżej kierunkach. Nie mówię z sarkazmem o urzędnikach, chodzi mi o to że bardzo mydlono oczy karierą w strukturach UE, a skończyło się jak zwykle...

A jak jest dziś? Natknęłam się na ranking zawodów przyszłości i tu o zgrozo już nawet nikt nie mydli nam oczu, że ktoś kiedyś zrobi karierę w jakichkolwiek strukturach. wygląda na to, że potrzebni są ludzie pracujący w usługach w tym opiece nad osobami starszymi.

Miejsca od 10 do 1 zajęły zawody:

10. Fizjoterapeuta (a jakże, coraz więcej wypadków, kobiety niedługo będą zmuszone rodzić chore dzieci, poza tym społeczeństwo się starzeje)

9. Genetyk (czyżby? Mnie się to kojarzy z sytuacją z biotechnologami)

8. Asystent terapii zajęciowej (co to?)

7. Kamieniarz, budowlaniec (czy kamieniarz na pewno powinien być wymieniany razem z budowlańcami?)

6. Specjalista do spraw sonografii (to dość optymistyczne, czyżby NFZ planował zwiększać kontrakty?)

5.Tłumacz (rozumiem, że języków "nietypowych"?)

4. Mechanik (coraz więcej samochodów, ale czyżby coraz gorszych?)

3. Doradca zdrowotny (Nie wiem czym miałby się zajmować, czy lekarz piewszego kontaktu przestaje wystarczać? W każdym razie przypomina mi się, że podobna sytuacja była ze studiami na kierunku zdrowie publiczne- oj czego nie obiecywali po tych studiach)

2. Osobisty opiekun zdrowotny (Czym się różni od nr.3? Chyba, ze to po prostu prywatna pielęgniarka?)

1. Psycholog (auta nam się psują, ciągle chorujemy i wiecznie potrzebujemy pomocy, dlaczego więc nie korzystać jeszcze z porad psychologa? Ale widząc wysyp wszelkiej maści wróżbitów jak i coachów kariery czy życia osobistego mam wrażenie, ze ludzkość zatraca zdolność podejmowania jakichkolwiek samodzielnych decyzji).

Co o tym sądzicie? jakie są  wasze typy i przewidywania? A może zgadzacie się z tym rankingiem?
Pozdrawiam
Kasia

sobota, 17 maja 2014

Przeczytane, czytane, do przeczytania

Jak już wcześniej zapewne wspominałam mój "projekt denko" dotyczy nie tylko kosmetyków (tak wiem, uległam pokusie na wyprzedażach w Rossmann), ale również książek (powinien też ubrań o czym przekonałam się wczoraj porządkując szafę).
Moją wielką wadą poza lenistwem jest to że robię kilka rzeczy jednocześnie, dotyczy to zwłaszcza czytania książek, ponieważ muszą one odpowiadać akurat mojemu nastrojowi to po prostu co rano wybieram inną aby czytać ją w autobusie.
Ostatnio jednak udało mi się skończyć kilka z rozpoczętych pozycji, dwie mam już na wykończeniu czyli został ostatni rozdział (te kończę w domu, jeden rozdział to stanowczo za mało na dwie godziny dziennie w autobusie), mogłam zatem skorzystać z okazji na stronie wydawnictwa Znak i kupiłam cztery nowe sztuki które dzielnie ustawią się w kolejce aby cieszyć moje oczy i umysł. Może i tym razem nie był to niezbędny zakup, ale chodził mi po głowie od dłuższego czasu tak więc skorzystanie z okazji na pewno nie było stratą (to donośnie mojej strategii oszczędzania).

  I tak skończyłam lub kończę:
 Kocham Nowy Jork Isabelle Lafleche - lekka przyjemna książka o prawniczce z Paryża, która przenosi się do Nowego Jorku. Tutaj czeka ją masa biurowych przygód i nieoczekiwana miłość. Tak nieoczekiwana, ze aż nieprawdopodobna (i piszę to z ironią). Bowiem każdej kobiecie sukcesu trzeba utrzeć nosa udowadniając, ze to właśnie miłość jest najważniejsza w życiu, a najlepszy facet to wcale nie super przystojniak - o nie, Ci są zawsze źli tylko ten lekko łysiejący. Ja nie lubię takich książek, nie wniosła nic, ani się nie pośmiałam, ani nie dowiedziałam niczego ciekawego, a jeśli chodzi o wątek miłosny to jest według mnie wpakowany  na siłę, bo przecież inaczej by się książka nie sprzedała (?). Ja zdecydowanie wolę odwrotną akcję: babka traci męża (może zmarł, może to drań i odchodzi do innej, zapewne młodszej), bierze się w garść i świetnie radzi sobie sama.

Bridget Jones. Szalejąc za facetem Helen Fielding -Byłam po prostu ciekawa kontynuacji. Męczył mnie trochę infantylizm Bridget, ale pomyślałam sobie, że czemu 50 latka ma już być poważną matroną. Ja też czasem nawet w pracy zachowuję się nie poważnie i nie obchodzi mnie czy obok mnie jest mój kolega, kierownik czy dyrektor (ale oni już przywykli do moich dziwnych humorów), tak więc pozwoliłam sobie cieszyć się starą dobrą Bridget. Tutaj się uśmiałam i popłakałam (w autobusie!!!), a wątek miłosny był po prostu naturalny i doskonale wkomponował się w styl całego cyklu.

Mad Woman, Jane Maas - dla wszystkich fanów serialu "Mad Men" lub tych którzy interesują się reklamą. To powieść jakby autobiograficzna, Jane Maas jest żywą legenda reklamy w Stanach Zjednoczonych, pracowała w lach 60tych w prestiżowych agencjach reklamowych w Nowym Jorku. Jeśli chcecie poznać genezę najsłynniejszego chyba sloganu reklamowego (I love NY) to koniecznie przeczytajcie. PS.bez wątków miłosnych

Tajemnice wydarte zmarłym. Emily Craig -autorka jest antropologiem sądowym i opisuje najciekawsze (dziwne określenie, mówimy to o zbrodniach) przypadki. Książka dla fanów serialu "kości" lub innych "Kryminalnych zagadek..."

Zabójcza kolacja i inne zagadki medyczne. Jonathan A.Eldow. To nie jest kryminał, to książka lekarza który spotkał się z trudnymi przypadkami medycznymi. Jeden z nich był nawet "bohaterem" serialu Dr.House. Ciekawa książka dla fanów serialu o gburowatym diagnoście lub studentów medycyny.

A oto moje nowe książkowe nabytki:

- Zamień chemię na jedzenie Joanny Bator - zdecydowanie muszę się lepiej odżywiać.
- Zaklinacz czasu Mitch Albom- jakiś czas temu pisano o tej książce na wielu blogach, nie wiem czy po prostu była tak popularna czy to była jakaś akcja marketingowa, jeśli to drugie to na mnie podziałało, ponieważ jestem bardzo ciekawa tej powieści.
- Jabłoń w ogrodzie, Jesień jest blisko. Małgorzata Braunek w rozmowie z Arturem Cieślarem. Lubię panią Małgorzatę, lubię kiedy mówi o buddyzmie, bo robi to po prostu mądrze i pięknie, bez zadęcia, bez wzniosłości czy oszołomstwa.
- Jackie czy Marylin ponadczasowe lekcje stylu. Pamela Keogh. Spotkałam ostatnio ciekawą recenzję. Muszę przyznać, ze zdążyłam przeczytać kawałek i mi się nie podoba. Oczywiście przeczytam całość i wtedy się wypowiem, ale wkurzają mnie podsumowania pod każdym rozdziale, jakbym musiała się określić czy jestem Jackie czy Marylin. Do diabła, nie jestem żadną z nich, byłam tylko ciekawa jakie były one.

Niedługo kolejne mini recenzje i sprawozdanie z książkowego projektu denko.
Pozdrawiam, miłego weekendu
Kasia

niedziela, 11 maja 2014

Oszczędzanie? Czyli zakupy na promocjach w Rossmann

Czy myślicie, ze kupowanie na wyprzedażach / promocjach jest formą oszczędzania? Teoretycznie, jeśli akurat kupujemy rzecz której potrzebujemy, ale czy kupowanie na zapas lub uzupełnianie "kolekcji" kosmetyków można nazwać oszczędnością?
Ja niestety poległam w swoich planach i założeniach i  w ciągu ostatnich 3 tygodni i skorzystałam z promocji -49% w Rossmannie. Oczywiście kupowanie każdej z poniższych rzeczy było czymś usprawiedliwione, ale patrząc na swoją szufladę z kosmetykami kolorowymi zastanawiam się czy było warto.


1. Lakier do paznokci Rimmel Salon Pro nr 227- New Romance. Kupiłam bo potrzebowałam delikatnego, ale eleganckiego lakieru- bo wiosna...bo praca... Nie żałuje, bo lakier jest świetny.
2. Podkład Rimmel Stay Matte- Kupiłam żeby zabierać lub trzymać go w pracy. Nie zawsze zdążę się pomalować, a niestety zdarza się że w te dni koledzy pytają czy dobrze się czuję. Niestety w "pewnym wieku" bez makijażu wygląda się po prostu na chorą. Ale prawda jest taka, że mam kilka innych podkładów, które mogłabym zabierać ze sobą, ewentualnie wykorzystywać próbki z gazet. Podkład zasilił szeregi w szufladzie. Szczęście,. ze był tani, ale z drugiej strony podczas takiej promocji opłaca się kupić coś droższego i żałuje, że nie wzięłam nowego Loreala Infallible 16h.
3. Astor- pomadka z kredce Soft Sensation Lipcoror Butter - 009 Bunt Rose - Pomadki kupuję ponieważ odkąd zmieniłam kolor włosów z czarnych na rude po prostu pasują mi inne odcienie- ten róż też nie jest idealnie dobrany, ale kiedy mocno podkreślę oczy to ujdzie. Natomiast jako pomadka jest fantastyczna, pachnie ślicznie i ma przyjemną konsystencję.
4. Maybeline Super Stay 14h nr 540 - Ta czerwień zdecydowanie bardziej mi podchodzi, ale z trwałością bym dyskutowała...
5. Maybeline Volume Express - Mój ulubiony tusz do rzęs i mimo że zastanawiałam się nad innymi, droższymi to stwierdziłam, ze wolę wrócić do czegoś co mi się zawsze sprawdza.
6. Loreal Color Riche - kredka do brwi - nigdy nie miałam kredki do brwi i muszę przyznać że jestem bardzo zadowolona. Czy była niezbędna? Nie, ale nie załuję.
7. Loreal Color Reach Le Smoky- czarna kredka do oczu - miałam inne, ale się skusiłam. Z tamtych zrezygnowałam, więc zakup był udany, jednak nie niezbędny...
8 i 9 - Bourjois - Contour Clubbing Waterproof - kredki do oczu: fioletowa i turkusowa.  Po prostu mi się podobały, a w regularnej cenie sa drogie. Nie żałuję bo są piękne.

Jak widać nie wszystko było mi potrzebne, ale idzie wiosna i nowe pomadki czy kolorowe kredki do oczy mogą się przydać. Obiecałam sobie jednak że nie kupię sobie nic nowego do następnej tego typu promocji- myślę że to będzie w grudniu. Do tego czasu obowiązuje mnie projekt denko.

A poza tym przecież miałam po prostu oszczędzać. Słabo mi to wychodzi, ale mam nowe założenia do tego planu. O tym jednak kiedy indziej...

A wy co upolowałyście na promocji?
Pozdrawiam
K

poniedziałek, 5 maja 2014

Wysokie Obcasy są Extra

To, że wysokie obcasy "są ekstra" to truizm. Większość kobiet, te niskie i nawet te wysokie darzy je sentymentem. Ja również. Ale dziś wcale nie piszę o 10 centymetrowych szpilkach tylko o moim ulubionym czasopiśmie.
Róznych magazynów, miesięczników kupuję kilka- Twój Styl, Elle, Harpers Bazaar, Co miesiąc mówię sobie, ze to już ostatni raz./ Wielką fanką mody nie jestem, ale przyznaję, ze kiedy zapominam zabrać książkę do autobusu to w bioegu kupuję coś z wymienionych wyżej tytułów i mam godzinę jazdy do pracy urozmaiconą przeglądaniem  głownie reklam. W drodze powrotnej czytam już artykuły- wybieram kilka które wydają mi się ciekawe- głownie motywujące- lubię historie typu "od zera do bohatera", coś o pracy, rzadziej o związkach. I na tym koniec, na ogół nie czytam wszystkich artykułów bo stratą czasu wydaje mi się czytanie nudnego wywiadu z nadętą "gwiazdą" która akurat musi promować swój film czy płytę i z tej okazji wiadomo, że będzie się uzewnętrzniała w kilku czasopismach na przestrzeni 1-2 miesiąca.
Czymś innym są dla mnie jednak "Wysokie Obcasy Extra"

Tutaj czytam wszystko, od pierwszej do ostatniej strony, nawet felietony, których nigdy nie czytam w innych magazynach, za każdym razem zastanawiam się co też ten Mikołajenko znów wymyśli, czy znów oberwie się matkom na placach zabaw?  Cóż, w tym numerze profesor nadal z formie.
A poza tym mozemy przeczytać o: Grace Kelly (przestroga dla kobiet, które czekają na księcia), o wybaczaniu (piękny i mądry artykuł), wątek o modzie- tu o Donatelli Versace, o duchowym biznesie a moze raczej o duchowej turystyce., o ciekawej kobiecie- Dagny Przybyszewskiej, świetny artykuł o tym jak ważne są stosunki panujące w rodzinie i jaki mają późniejszy wpływ na relacje damsko męskie dzieci które z tych rodzin wyszły (pamiętajmy, to głownie matki wychowują synów), o poliamporyzmie (to już wyższa szkoła cwaniactwa i zdrady- tu się nie tylko wypia ale po prostu kocha te wszystkie osoby pozostające w tej dziwnej siatce zależności seksualno- uczuciowej), no i wreszcie o wielkim powrocie Bobra (czy wraca moda na naturalność?).
A tak napartwdę najbardziej urzekł mnie wstępniak- znalazłam w nim mega inspirujący cytat (dopiszę go do swojej kolekcji)
"Przepraszam bardzo...No przepraszam...To ma być moja szklanka? Nie wydaje mi się. Moja szklanka była pełna. I większa od tej"

A czy Wasze szklanki są do połowy pełne czy puste? A może są zawsze pełne i większe od tych które przed Wami stawiają?