niedziela, 24 listopada 2013

"Włącz się do gry" - Sheryl Sandberg motywuje kobiety

Po kilku ciekawych artykułach dotyczących nowej książki wiceprezes Facebooka Sheryl Sandberg (m. in. Twój styl 11/2013) postanowiłam ją przeczytać. Ja lubię książki o motywacji i raz na jakiś czas mam potrzebę je czytać, możliwe że dają mi potem energię  na kilka następnych tygodni.
Podoba mi się to że Sheryl przyznaje, że na początku swojej kariery popełniała masę błędów jakie na pewno popełniamy wszystkie (do jednych z głównych zalicza zajmowanie dalekich miejsc przy konferencyjnym stole lub siadanie zupełnie z boku. Co ciekawe sama tak robiłam i zauważam to wśród koleżanek). Sama przyznaje też, że nie potrafiła przyjmować komplementów i potwierdzać tym samym swoje kompetencje. Chodziło o sytuację kiedy jej nazwisko znalazło się na liście "Forbes" najbardziej wpływowych kobiet świata (bardzo wysokie piąte miejsce, nawet przed Michelle Obamą). Zamiast dziękować za gratulacje mówiła, ze to pomyłka podkreślając ze w swoich oczach zupełnie nie jest warta tej pozycji. O ile dobrze pamiętam to jej asystentka zwróciła jej uwagę, żeby przestała się tak zachowywać, że nie wypada, ze kiedy ktoś jej gratuluje to powinna podziękować a nie wypierać się tego bądź co bądź zaszczytu.



Tego typu anegdoty są ciekawe, jest ich kilka w tej książce, pokazują nam jak nie należy się zachowywać. Nie wiem jak Wy, ale ja kiedyś też zachowywałabym się jak Sheryl w opisanej sytuacji. To słynne nasze "aa, stary łach" na komplement dotyczący ubioru. Dziś już bym podziękowała.
Nie chcę się rozpisywać, więc podsumowując: Książka ciekawa, ale nie porwała mnie, a spotkałam już takie po przeczytaniu których moje [podejście do jakiegoś tematu lub moja motywacja zmieniła się drastycznie, więc jeśli potrzebujecie poradnika motywującego to "Włącz się do gry" się nie sprawdzi, ale jeśli interesują Was historie ciekawych kobiet to polecam książkę. A może czuję niedosyt ponieważ wszystko co najważniejsze zawarte było w tej pozycji Sheryl "sprzedaje" w wywiadach promujących tą pozycję wydawniczą. Tak więc szczerze mówiąc wystarczy przeczytać ten artykuł

środa, 20 listopada 2013

Super Ministra?

Już po rekonstrukcji Rządu. Superministrem ogłoszono Bieńkowską i powierzono jej nowo utworzone "super ministerstwo".
Za co ją szanuję? Za kompetencje, za kobiecy wygląd, który nie koliduje z dobrym wizerunkiem polityka (o ile wizerunek polityka może być dobry, ale nie lubię kiedy kobiety u władzy upodabniają się do mężczyzn, chodzą w damskich garniturach lub skromnych ciemnych garsonkach, a szkoda bo podobno czasy kiedy  musiały udawać facetów aby wyglądać na kompetentne już minęły?), ale również za jej wypowiedzi w wywiadach. Wiele razy pytana o to jak godzi życie rodzinne z karierą odpowiadała, ze jej kolegom nie zadaje się takich pytań, poza tym nie ma malutkich dzieci, a mąż świetnie sobie radzi (i w jej oczach nie odejmuje mu to męskości).
Nie podoba mi się jednak ten przydomek super ministra (czy super ministry?) i ciągłe podkreślanie tego, że Bieńkowska świetnie wynegocjowała dla nas pieniądze z UE. Prawda jest taka, że to była właśnie jej praca i wygląda po prostu na to, że była jedynym wystarczająco kompetentnym ministrem..
Niezależnie od opcji politycznych życzę nam wszystkim więcej takich osób w nowym Rządzie.

sobota, 2 listopada 2013

Dlaczego nie jesteśmy "bogate"?

Muszę się przyznać, że bardzo lubię wszelkie książki z serii "Grzeczne dziewczynki..."
Pierwszą, którą wpadła mi w ręce nie była akurat kultowa już i ta która chyba zapoczątkowała ten motyw  czyli "Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam gdzie chcą" Ute Ehrhardt, ale inna która jest kontynuacją tego pomysłu: "Grzeczne dziewczynki nie awansują. 101 błędów popełnianych przez kobiety, które nieświadomie niszczą własną karierę" napisana przez Lois P. Frankel. Książka ta otworzyła mi oczy, na 101 błędów popełniałam chyba 90. A potem zaczęłam pracować nad moim zachowaniem w pracy i mimo to, że wciąż nie jest tak jakbym sobie życzyła to są widoczne postępy (między innymi nie dałam się już zbyć podczas negocjacji o podwyżkę). To było 3 lata temu.
Natomiast kilka miesięcy temu kupiłam następną książkę tej autorki "Grzeczne dziewczynki się nie bogacą. 75 błędów, które utrudniają kobietom osiągnięcie niezależności finansowej".
Tutaj na szczęście nie okazało się że jestem "finansową frajerką", ale wciąż trochę muszę nad sobą popracować.
W każdym razie w książce był ciekawy test. Trzeba było odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących samego siebie, a raczej szybko dokończyć zdania. Zrobiłam eksperyment i prosiłam męża (ok, tak naprawdę to nie jest mój mąż, ale konkubent, jednak brzmienie tego słowa jest straszne) o odpowiadanie tak jakby mówił o mnie.
Ciekawe, bo jego odpowiedzi trochę pokryły się z tym co było napisane w książce: jak społeczeństwo podchodzi do "bogactwa" kobiet (podobnie jak do "władzy", ale to już temat na inny post).

Pytanie: Nie jestem bogata ponieważ...?
Ja: za mało pracuję, nie robię dodatkowych rzeczy, które teoretycznie bym mogła
On: Bo nie wyszłam bogato za mąż
Pytanie: ...a to dlatego że...?
Ja: jestem leniwa
On: bo jesteś ze mną
Pytanie: Gdybym byłą bogata, czułabym się...?
Ja: Bezpiecznie
On: Spełniona
Pytanie: Jeśli chodzi o ludzi bogatych, rodzice zawsze mówili mi...?
Ja: że pieniądze szczęscia nie dadzą
On: (to samo co ja)
Pytanie: Gdybym skoncentrowała się na dążeniu do bogactwa, mój mąż/partner poczułby się...?
Ja: Dumny
On: Wspaniale
Pytanie: Bogata kobieta to taka, która
Ja: Jest niezależna
On: może sobie na wszystko pozwolić
Pytanie: Przed podejmowaniem ryzyka w celu wzbogacenia się powstrzymuje mnie:
Ja: Strach że wszystko stracę
On: Ja! (Tak to prawda, zawsze stara się wybić mi z głowy moje szalone pomysły)
Pytanie: Z gospodarowaniem pieniędzmi radzę sobie...? (Tu odsyłam do poprzedniego wpisu)
Ja: Tak sobie
On: Tak sobie
Pytanie: Czuję że pieniądze to ...?
Ja: środek do celu
On: ? (brak odpowiedzi)
Pytanie: Bogata kobieta robi na mnie wrażenie..?
Ja: Pewnej siebie
On: Zadufanej

Zwróćcie uwagę na ostatnie pytanie: po naszej rozmowie okazało się, że mamy podobną wizję tej bogatej kobiety, inaczej jednak nazwaliśmy te same cechy.
Ciekawe sąjeszcze dwa pierwsze pytania, a raczej odpowiedzi na nie: Ja zawsze wiedziałam że mogę liczyć tylko na siebie, nigdy nie wyobrażałam sobie być żoną przy bogatym mężu, ale okazuje się, że nawet mój partner stereotypowo pomyślał, że kobieta może być bogata gdy ma bogatego męża (lub jak coś odziedziczy).

Oczywiście mówiąc o bogactwie nie mam na myśli żadnej konkretnej kwoty która musi być zdeponowana na naszym koncie, chodzi o ten stan kiedy wiesz, że możesz żyć "normalnie", kiedy nie musisz zastanawiać się co kupić w sklepie, czy stać Cię na prezent dla dziecka bez okazji, czy kupno podręczników nie będzie dla Ciebie nadwyrężeniem budżetu. Bogata kobieta nie musi być tą, która od razu może pozwolić sobie na każdą ekstrawagancję lub nawet przedmiot codziennego użytku, czasem może czekać aż odłoży pieniądze. Ale może najważniejsze to mieć tą wolność, która pozwoli na oszczędzenie chociaż małej kwoty w miesiącu? A moze to tylko świadomość, że stać nas na spłatę kredytu?
Granicę bogactwa każda powinna wyznaczyć sobie sama.

Postaram się przy okazji zrecenzować Wam kilka książek o "grzecznych dziewczynkach" bo niektóre są fantastyczne, inne zaledwie średnie więc szkoda byłoby wydać pieniądze jeśli jesteście zainteresowane.

Zachęcam również do zrobienia testu o którym pisałam. Można się dużo o sobie dowiedzieć.

piątek, 1 listopada 2013

Bogata kobieta- kontrola wydatków październik.

Pomimo "godnych" zarobków nie byłam w  stanie oszczędzić wielu pieniędzy. Było to o tyle dziwne że nie kupowałam drogich rzeczy. Jeśli chodzi o ubrania to nie kręcą mnie metki i głownie wybieram coś na szybko w sieciówkach (mimo to i tak uważam że te ubrania nie są warte swojej regularnej ceny, no ale w czymś trzeba chodzić). Pierwszym krokiem do opanowania tego zjawiska tracenia pieniędzy była kontrola wydatków. Stworzyłam sobie w arkuszu kalkulacyjnym odpowiednią tabelę i każdego dnia wpisywałam do odpowiedniej kategorgii określoną wydaną sumę pieniędzy. Zakładałam, że w październiku wydaję "normalnie" tzn nie oszczędzam jeszcze tylko kupuję tak jak do tej pory (jednym słowem- niezorganizowanie).
Wyniki mnie poraziły i przeraziły, pieniądze, dosłownie cała wypłata przeciekły mi jak przez palce, najgorsze, że tak jak wspominałam nie kupiłam nic "trwałego" poza oczywiście kilkoma parami spodni dla córki.
A oto wyniki (nie wpisywałam kwot, ale udziały procentowe)

Pierwszy wykres pokazuje udział wydatków stałych: opłaty za mieszkanie (poza kredytem, który opłaca mąż), opłaty za przedszkole, za balet, migawkę, składki na dzień nauczyciela czy dentystę dziecka (ok, dwie ostatnie pozycje może nie są wydatkami stałymi, ale podobne zdarzają się często) oraz wydatków "pozostałych".
 
 Kolejny wykres ilustruje podział wydatków "pozostałych" czyli tych codziennych.
Największa grupa to oczywiście zakupy spożywcze, niestety muszę przyznać że te również nie są dobrze planowane i zdarza się, ze jedzenie się marnuje (muszę to przyznać z ogromnym bólem serca).
Kolejną co do wielkości pozycją są moje obiady w pracy. Nie mamy taniej zakładowej stołówki, z lenistwa zamawiamy katering, średnia cena obiadu to 16zł. Do tego wliczyłam to co wydaję podczas "wycieczek do automatu" na świństwa które pomagają przetrwać dzień.
Bardzo dużo wydałam też w tym miesiącu na ksiązki, gazety i zabawki. Nie były to zabawki akurat dla mojej córki, mieliśmy jednak dużo przedszkolnych urodzin i z tego powodu jest to trzecia co do wielkości pozycja.
Co do książek jednak muszę się przyznać, kupiłam sobie i córce kilka- to moja wielka słabość.
Później "odzież"- dla siebie nic konkretnego, ale jak wspominałam musiałam uzupełnić jesienną szafę mojego dziecka.
Kolor żółty na wykresie to wszelka chemia, detergenty jak i kosmetyki. Kolorowych było mało, ale chodzi też o płyny do kąpieli i pod prysznic, mydła czy pasty do zębów,
Wszelkie "inne" to ok 6,5%, tu były jakieś lekarstwa, taksówka czy paliwo dla męża za odwożenie do pracy (tak, nie mam prawa jazdy i też się tego wstydzę).
Największą niespodzianką były koszty utrzymania kota. Co prawda w październik wchodziłam z  zapasem mokrej karmy. Właściwie kupowałam więc żwirek (duże opakowanie co zawsze wychodzi taniej) jak i skorzystałam z promocyjnych opakowań ulubionego przez Afrę Royal Canin..



Podsumowując: kiepsko to wygląda, chaotyczne zakupy, kupowanie jedzenia w pracy (które już szczerze mówiąc mi zbrzydło, ale jestem zbyt leniwa żeby sobie coś naszykować), kupowanie książek które i tak muszą czekać długo na swoją kolei.
Listopad będzie inny. Jedzenie będę robiła sama, dopuszczam początkowo 1 raz w tyg zamówić katering, zakupy będę robiła sama i z listą, pisząc "sama" mam na myśli bez córki, która często prosi o książki, a ja skoro staram się jej wpoić miłość do czytania (na razie to ja jej czytam) bardzo szybko ulegam myśląc "ok 20-30 zł, nie zbiednieję, to tylko jeden raz - i tak za każdym razem).
Czyli listopad będzie kolejnym eksperymentalnym miesiącem. O wynikach napiszę w grudniu.
Oczywiście to nie są wszystkie domowe wydatki, nie wliczyłam tutaj tych za które płaci mąż- auto, kredyt oraz cześć zakupów spożywczych (tak, u nas zawsze walka o to kto idzie po zakupy (oby to drugie) lub udawanie głupa przy kasie w sklepie, ale jest to całkiem zabawne).
A Wy macie jakieś pomysły na kontrolowanie swoich pieniędzy?