piątek, 27 grudnia 2013

Zapoznajmy się- 20 faktów o mnie

Jako, że mam zamiar udzielać się tu częściej i mam nadzieję że coraz więcej osób będzie czytało to co piszę to pomyślałam, że warto trochę o sobie opowiedzieć. To będzie coś w stylu tagów "kilka faktów o mnie" (gdzie pod "kilka" wstawiamy jakąś liczbę). Niech nie będzie to jednak bardzo na poważnie. Więc zaczynamy: 20 faktów.

1. Mam na imię Kasia i tak samo ma na imię moja córka

2. Żyję w nieformalnym związku i nie mam z tego żadnych społecznych czy finansowych korzyści (tak się po prostu ułożyło, nie mówimy że tego nie zmienimy i nie namawiam ludzi do takich układów, póki co małżeństwo bardziej się "opłaca".

3. Na moich blogach nie ma wielu zdjęć-nie lubię ich robić ani do nich pozować. W ogóle nie mam artystycznego zmysłu.

4.Jestem ateistką "wyznającą" Buddyzm (tak, da się to zrobić), ale wszyscy którzy mają błędny obraz buddysty jako smutnego wiecznie medytującego ponuraka w potartych łachach mogą poczuć się zawiedzeni.

5. Mam 33 lata (w 2014 będzie 34) i mam bardzo dziecinną urodę. Ale ostatnio byłam u fryzjerki która podcięła mi włosy, teraz pięknie się układają i moja córka powiedziała że teraz wyglądam jak "pani prezes".

6. Nie czuję się dobrze w nowym towarzystwie i lubię początkowo trzymać dystans, ogólnie jestem bardzo wesoła, ale wiem że nie każdy "łapie" moje poczucie humoru, więc chyba początkowo po prostu sprawdzam na ile mogę sobie pozwolić.

7. Uważam że w związku ważny jest seks i podobne poczucie humoru. To drugie nawet powinno być na 1 miejscu. U nas w domu ścierają się dwie dominujące osobowości (dochodzi trzecia w postaci 6 latki), awantury są potężne ale jeszcze potężniejsze są salwy śmiechu. Na tym polu rozumiemy się bez słów. Jedyne co nas różni w tym zakresie to "Rejs", ja się śmieję w każdej minucie tego filmu a mój P chyba śmiał się od czasu do czasu  z grzeczności i ze strachu że się obrażę, ze nie podziela mojego zachwytu.

8. Przyjaźnię się z kobietami. Uwielbiam je, niezależnie czy gada się o głupotach typu kosmetyki czy o polityce, książkach czy rodzinie, zawsze rozmowy są kulturalne i inteligentne. Znajomości z mężczyznami wystarczają mi w pracy lub na zasadzie "mąż przyjaciółki", nie mam potrzeby umawiać się z kolegą na kawę żeby pogadać. Jak bym chciała "poplotkować" z facetem to mam wspaniały wybór: partnera lub brata (nawet mojego tatę)

9. Wstyd przyznać, ale rzadko czytam swój post po napisaniu go. Nie lubię, bo miałabym ochotę go pozmieniać. Jeśli zrobiłabym błąd ortograficzny, stylistyczny czy merytoryczny byłabym wdzięczna za zwrócenie mi na niego uwagi.

10. W wieku 20 lat zapisałam się do pewnej partii. Ale dawno już nie jestem aktywna na tym polu.

11.Moja największa wada: lenistwo i brak konsekwencji

12: Marzenie: Oprócz szczęśliwej przyszłości dla mojej córki to Nagroda Nobla (a co mi tam) i audiencja u Dalajlamy.

13. Moja zaleta: wszystko co nie jest wadą. Ale poważnie to chyba to, ze uważam że wszystko trzeba osiągnąć swoją pracą, więc nie liczę na nikogo żeby mi coś dał.

14. Moje życiowe motto: "nie muszę wiedzieć czego chcę, wystarczy że wiem czego nie chcę"

15. Nie mam prawa jazdy- wstyd mi. Powód: patrz punkt 11.

16. Mam problem z rubryką "hobby" w CV :-) Podróże mnie nie kręcą (naprawdę, mam naturę domownika, ale czasem gdzieś się ruszam), muzyki prawie nie słucham, nie mam nawet ulubionego zespołu (ale lubię wyć operę bo podobno mam wysoki sopran- na codzień jednak brzmię jak posłanka Seneszyn). Nigdy nic nie kolekcjonowałam, a oglądania filmów nie traktuję jako "zainteresowania" ale raczej zabijam tym czas. Jedyne co kocham to czytać książki.

17. Lubię (uwielbiam) kryminały. Zaczęło się od Scooby Doo. Kocham Agatę Christie. Uwielbiam serial "Poirot" na podstawie jej powieści i chce mi się płakać na myśl że po 25 latach kończą serię "Kurtyną" (czekam kiedy puszczą ją na Ale Kino, słyszałam, ze jest już nakręcona, ale czytałam gdzieś że premiera ma być w styczniu 2014)

18. W młodości sama pisałam kryminały.

19. Dużo czytam o psychopatii. Kiedyś ta wiedza pomogła mi wyjść z pewnej niebezpiecznej sytuacji. Napiszę o tym innym razem.

20. Uwielbiam pisać długopisem. Często w pracy robię obliczenia na kartce, potem obrywami się że nie były w excelu kiedy je zgubię (a  zawsze je gubię w swoim bałaganie).

To tyle na dzisiaj. Jeżeli dotrwaliście do końca napiszcie w  komentarzach coś o sobie,

Pozdrawiam
Kasia

wtorek, 17 grudnia 2013

Być jak Will Hunting

Jednym z moich ulubionych filmów jest "Buntownik w wyboru"


. W niedzielę oglądałam go na ALE KINO i do dziś musiałam obejrzeć go ponownie dwa razy. Czemu zrobił na mnie takie wrażenie? Chyba rozumie to każdy kto ten film kiedykolwiek oglądał: bo jest doskonały, począwszy od scenariusza, po grę aktorską, emocje które wywołuje i że daje nadzieję, że każdy z nas może mieć w kieszeni swój "bilet do szczęścia". A ja po prostu chciałabym być jak Will, a dokładnie mieć taki dar jak on. Nie brakuje mi niczego intelektualnie, ale moim marzeniem było mieć umysł nieprzeciętny, być jak Einstein czy Skłodowska i oczywiście by zdobyć Nagrodę Nobla. A co tam, marzeń nie należy się wstydzić.
Do tej pory uważam, że oddałabym urodę za jeszcze więcej "rozumu", nic nie kręci mnie tak jak intelekt u ludzi. Prawda jest jednak taka, że nie jestem też brzydka. I oto sedno, czy myślałabym tak samo gdyby tak nie było? Oczywiście że uroda jest względna, nie ma co do tego wątpliwości i gdybym wrzuciła tu swoje zdjęcie ( a jestem szalenie niefotogeniczna) to może w końcu pod tym postem rozwinęłaby się potężna dyskusja, gdyż zarzucalibyście mi że piszę kłamstwa (wiem, wpisy mogą być chaotyczne, więc mądra nie jestem, do tego fotografia udowodniłaby, że ładna również nie). Ale o co w tym wszystkim chodzi? O to, że od dzieciństwa wpajano we mnie poczucie własnej wartości, mówili, że jestem najpiękniejszym dzieckiem na świecie i że jestem bardzo mądra. Uwielbiałam słuchać opowieści o tym kiedy zaczęłam mówić, kiedy czytać i pisać.Moje niezachwiane poczucie własnej wartości wyniosłam z rodzinnego domu. Cudowny dom, w którym nie mogłam liczyć na dobra materialne, ale w którym byłam w pełni akceptowana. Hołubiona jako dziecko, obdarzona zaufaniem jako nastolatka, zawsze w pełni kochana. W oczach moich rodziców byłam najpiękniejsza i najmądrzejsza na świecie. I to była droga do tego aby kochać swój umysł i ciało. Dziś staram się tak wychowywać swoją córkę, powtarzam jej jaka jest wyjątkowa. łapię się na tym jednak że częściej podkreślam jaka jest piękna (no nie mogę się powstrzymać kiedy tańczy w balowej sukni i uszach kota na głowie), staram się jednak wtedy dodawać, że jest świetna w tym co robi (jeśli akurat tak jak napisałam to że taniec wychodzi świetnie) i że jest bardzo mądra.
A tak w ogóle to odbiegłam od tematu, ale będąc ciągle na gorąco, pod wrażeniem "buntownika..." zaczęłam pisać ten tekst, ale stał się chyba zbyt wielowątkowy.Mogłabym tak kontynuować o moich marzeniach o Noblu, o tym że nigdy nie wstydziłam się mówić o tym właśnie marzeniu, choć ludzie usłyszawszy to uśmiechali się znacząco. Ale zawsze mówiłam, że mam taką samą szansę jak każdy inny.
A na koniec banał: wierzcie w siebie, mówcie dzieciom, że są wspaniałe inie wstydźcie się głośno marzyć.
Buziaki

wtorek, 3 grudnia 2013

Moja pierwsza inwestycja

Stało się. W końcu zaryzykowałam. Nie jest to może szaleństwo, nie wzbogacę się znacznie, ale mam przynajmniej nadzieję, że zyskam więcej niż trzymając pieniądze w przysłowiowej skarpecie lub na zwykłym, nisko oprocentowanym koncie oszczędnościowym. Jeżeli zależy nam na tym żeby oszczędności nie traciły swojej wartości to wg mnie nie ma to już znaczenia czy inwestujemy 1000zł czy 10 000zl, najważniejsze żeby choć trochę zyskać.
Nie jestem jednak specjalistką w tej dziedzinie, nie będę Was namawiała do jakichkolwiek produktów czy usług, ale może uda mi się zachęcić kogoś do zainteresowania się tym tematem. Zwłaszcza my, kobiety powinnyśmy przyznać głośno, że pieniądze są ważne nie bojąc się jednocześnie posądzenia o "materializm". Ważne są przede wszystkim NASZE pieniądze, zarobione ciężką pracą, dlatego musimy o nie dbać i pozwolić im się rozmnażać lub przynajmniej nie marnować się, bo to byłby brak szacunku do samych siebie i wysiłku który włożyłyśmy w ich zarobienie.
Tak więc wczoraj poszłam o swojego banku i w ciągu kilku minut miałam założony rachunek maklerski. W ten sposób mogłam zapisać się na akcje firmy z branży energetycznej (ten rynek jest mi znany z racji wykonywanej pracy, mam więc nadzieję, że się nie pomyliłam).
Od razu powiem, że nie kupiłam wielu akcji (pojęcie względne), ale dużo poniżej limitu przysługującego indywidualnym inwestorom, po prostu nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy do przeznaczenia na ten cel, ale i tak jestem z siebie zadowolona, że przynajmniej w tej dziedzinie konsekwentnie realizuję plan dbania o swoje finanse. Pierwszym krokiem było jednak pożegnanie się z mitem, że pieniądze nie są ważne.
Pozdrawiam
K.

niedziela, 1 grudnia 2013

Kontrola wydatków - listopad

Czas na podsumowanie wydatków w listopadzie. Był to trudny miesiąc do oszczędzania z uwagi na urodziny córki. Wyprawialiśmy jej przyjęcie dla koleżanek i kolegów w sali zabaw, do tego oczywiście koszty prezentu. Ale i tak jestem z siebie zadowolona bo gdyby nie to wydarzenie, udałoby się znacznie zredukować wydatki ( w stosunku do poprzedniego miesiąca).
Cały bilans jest na plus: Jest to jednak mała kwota i wzięła się z tego, że z uwagi na nieobecność nie opłąciłysmy w sobotę kolejnych 4 zajęć z baletu. Ale to po prostu przejdzie na grudzień.
Jeśli chodzi o wydatki tzw "Pozostałe" to bilans jest na minus (ok 80zł, ale tak jak pisałam ma to związek z urodzinami, chorobami i wydatkami na leki oraz zbliżającą się gwiazdką i rozpoczęciem kupowania prezentów). Na wydatkach stałych trudno oszczędzać, dlatego nie skupiam się na nich.

Udział wydatków stałych i ogólnych w wydatkach całkowitych



Rozkład wydatków ogólnych (tzw. "pozostałych")


I nareszcie: porównanie wydatków z października i listopada





Spożywcze: Wydatki wzrosły. Jako powód znów przywołałabym urodziny oraz fakt że oszczędzałam na jedzeniu w pracy. Może nie tyle oszczędzałam na nim, ale je redukowałam, nie tylko ze względu na finanse, ale też zdrowie, potrawy smażone powodują ból brzucha.
Obiady-praca: Znacznie zredukowane: powód j/w. Dodatkowo trzeba przyznać, że tydzień czasu byłam na zwolnieniu chorobowym, a drugi tydzień na służbowej delegacji (kosztów ponoszonych na delegacji nie uwzględniałam tutaj ponieważ będą zwrócone z nawiązką w postaci diet).
Chemia, kosmetyki- wzrost. Trudno stwierdzić czemu, może z powodu przeceny -40% w Rossmann na kosmetyki kolorowe, a może zużywaliśmy więcej detergentów lub papieru (bo on jest w tej kategorii :-) ).
Odzież: spadek. W październiku były to głownie wydatki na dziecko, w listopadzie coś dla siebie, ale nie potrzebuję nic konkretnego, więc tutaj nie spodziewałabym się znaczących wzrostów.
Ksiązki, prasa: spadek. Tutaj były tylko gazety kupione na delegację.
KOT: spadek- dziwna sprawa, miałam oczywiście zapasy, ale może jednak czegoś nie uwzględniłam?
Inne: Tutaj duży wzrost, ponieważ weszły do tej kategorii leki których było dużo, opłata za salę zabaw, prezenty gwiazdkowe które powoli kupuję (dopiero zaczęłam), taksówki, haracz na paliwo żeby mnie chłop woził itd.

Zobaczymy jak będzie w grudniu. Wydatki na prezenty będą tu potężną grupą, ale to nie oznacza że nie można wydawać pieniędzy racjonalnie. Mam już listę co komu kupić i nie będzie od niej dużych odstępstw. Błędem minionych lat było kupowanie "co w oko wpadnie: na zasadzie "o spodoba mu/jej się", w efekcie często były to paczki z kilkoma drobiazgami zamiast jednego porządnego.
Muszę też zrobić coś z jedzeniem. Niestety podczas porządków w szafie zauważyłam, ze wiele rzeczy się przeterminowało i musiałam je wyrzucić. Szkoda, bo mam żal do siebie i jest mi wstyd. Może zrobię tydzień z ograniczonymi zakupami, zeby powyjadać to co jest w szafkach? Zobaczę i dam znać.

Tymczasem zachęcam wszystkich do zapisywania swoich wydatków. Myśl o zapełniających się słupkach towarzyszy nam w sklepie i być może właśnie ona kilka razy powstrzymała mnie od niepotrzebnego zakupu?

A od oszczędzania do inwestowania. Jutro zakładam konto maklerskie. Może warto jednak trochę ryzykować? Jak kupię jakieś akcje to oczywiście o tym napiszę. Oczywiście nie będę pisała o kwotach, ale o samych działaniach. Bogata nie będę nawet jakby kurs akcji podskoczył o 100%, ale traktuję to jako "lepszą skarpetę" :-)

Pozdrawiam
K.

niedziela, 24 listopada 2013

"Włącz się do gry" - Sheryl Sandberg motywuje kobiety

Po kilku ciekawych artykułach dotyczących nowej książki wiceprezes Facebooka Sheryl Sandberg (m. in. Twój styl 11/2013) postanowiłam ją przeczytać. Ja lubię książki o motywacji i raz na jakiś czas mam potrzebę je czytać, możliwe że dają mi potem energię  na kilka następnych tygodni.
Podoba mi się to że Sheryl przyznaje, że na początku swojej kariery popełniała masę błędów jakie na pewno popełniamy wszystkie (do jednych z głównych zalicza zajmowanie dalekich miejsc przy konferencyjnym stole lub siadanie zupełnie z boku. Co ciekawe sama tak robiłam i zauważam to wśród koleżanek). Sama przyznaje też, że nie potrafiła przyjmować komplementów i potwierdzać tym samym swoje kompetencje. Chodziło o sytuację kiedy jej nazwisko znalazło się na liście "Forbes" najbardziej wpływowych kobiet świata (bardzo wysokie piąte miejsce, nawet przed Michelle Obamą). Zamiast dziękować za gratulacje mówiła, ze to pomyłka podkreślając ze w swoich oczach zupełnie nie jest warta tej pozycji. O ile dobrze pamiętam to jej asystentka zwróciła jej uwagę, żeby przestała się tak zachowywać, że nie wypada, ze kiedy ktoś jej gratuluje to powinna podziękować a nie wypierać się tego bądź co bądź zaszczytu.



Tego typu anegdoty są ciekawe, jest ich kilka w tej książce, pokazują nam jak nie należy się zachowywać. Nie wiem jak Wy, ale ja kiedyś też zachowywałabym się jak Sheryl w opisanej sytuacji. To słynne nasze "aa, stary łach" na komplement dotyczący ubioru. Dziś już bym podziękowała.
Nie chcę się rozpisywać, więc podsumowując: Książka ciekawa, ale nie porwała mnie, a spotkałam już takie po przeczytaniu których moje [podejście do jakiegoś tematu lub moja motywacja zmieniła się drastycznie, więc jeśli potrzebujecie poradnika motywującego to "Włącz się do gry" się nie sprawdzi, ale jeśli interesują Was historie ciekawych kobiet to polecam książkę. A może czuję niedosyt ponieważ wszystko co najważniejsze zawarte było w tej pozycji Sheryl "sprzedaje" w wywiadach promujących tą pozycję wydawniczą. Tak więc szczerze mówiąc wystarczy przeczytać ten artykuł

środa, 20 listopada 2013

Super Ministra?

Już po rekonstrukcji Rządu. Superministrem ogłoszono Bieńkowską i powierzono jej nowo utworzone "super ministerstwo".
Za co ją szanuję? Za kompetencje, za kobiecy wygląd, który nie koliduje z dobrym wizerunkiem polityka (o ile wizerunek polityka może być dobry, ale nie lubię kiedy kobiety u władzy upodabniają się do mężczyzn, chodzą w damskich garniturach lub skromnych ciemnych garsonkach, a szkoda bo podobno czasy kiedy  musiały udawać facetów aby wyglądać na kompetentne już minęły?), ale również za jej wypowiedzi w wywiadach. Wiele razy pytana o to jak godzi życie rodzinne z karierą odpowiadała, ze jej kolegom nie zadaje się takich pytań, poza tym nie ma malutkich dzieci, a mąż świetnie sobie radzi (i w jej oczach nie odejmuje mu to męskości).
Nie podoba mi się jednak ten przydomek super ministra (czy super ministry?) i ciągłe podkreślanie tego, że Bieńkowska świetnie wynegocjowała dla nas pieniądze z UE. Prawda jest taka, że to była właśnie jej praca i wygląda po prostu na to, że była jedynym wystarczająco kompetentnym ministrem..
Niezależnie od opcji politycznych życzę nam wszystkim więcej takich osób w nowym Rządzie.

sobota, 2 listopada 2013

Dlaczego nie jesteśmy "bogate"?

Muszę się przyznać, że bardzo lubię wszelkie książki z serii "Grzeczne dziewczynki..."
Pierwszą, którą wpadła mi w ręce nie była akurat kultowa już i ta która chyba zapoczątkowała ten motyw  czyli "Grzeczne dziewczynki idą do nieba, niegrzeczne tam gdzie chcą" Ute Ehrhardt, ale inna która jest kontynuacją tego pomysłu: "Grzeczne dziewczynki nie awansują. 101 błędów popełnianych przez kobiety, które nieświadomie niszczą własną karierę" napisana przez Lois P. Frankel. Książka ta otworzyła mi oczy, na 101 błędów popełniałam chyba 90. A potem zaczęłam pracować nad moim zachowaniem w pracy i mimo to, że wciąż nie jest tak jakbym sobie życzyła to są widoczne postępy (między innymi nie dałam się już zbyć podczas negocjacji o podwyżkę). To było 3 lata temu.
Natomiast kilka miesięcy temu kupiłam następną książkę tej autorki "Grzeczne dziewczynki się nie bogacą. 75 błędów, które utrudniają kobietom osiągnięcie niezależności finansowej".
Tutaj na szczęście nie okazało się że jestem "finansową frajerką", ale wciąż trochę muszę nad sobą popracować.
W każdym razie w książce był ciekawy test. Trzeba było odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących samego siebie, a raczej szybko dokończyć zdania. Zrobiłam eksperyment i prosiłam męża (ok, tak naprawdę to nie jest mój mąż, ale konkubent, jednak brzmienie tego słowa jest straszne) o odpowiadanie tak jakby mówił o mnie.
Ciekawe, bo jego odpowiedzi trochę pokryły się z tym co było napisane w książce: jak społeczeństwo podchodzi do "bogactwa" kobiet (podobnie jak do "władzy", ale to już temat na inny post).

Pytanie: Nie jestem bogata ponieważ...?
Ja: za mało pracuję, nie robię dodatkowych rzeczy, które teoretycznie bym mogła
On: Bo nie wyszłam bogato za mąż
Pytanie: ...a to dlatego że...?
Ja: jestem leniwa
On: bo jesteś ze mną
Pytanie: Gdybym byłą bogata, czułabym się...?
Ja: Bezpiecznie
On: Spełniona
Pytanie: Jeśli chodzi o ludzi bogatych, rodzice zawsze mówili mi...?
Ja: że pieniądze szczęscia nie dadzą
On: (to samo co ja)
Pytanie: Gdybym skoncentrowała się na dążeniu do bogactwa, mój mąż/partner poczułby się...?
Ja: Dumny
On: Wspaniale
Pytanie: Bogata kobieta to taka, która
Ja: Jest niezależna
On: może sobie na wszystko pozwolić
Pytanie: Przed podejmowaniem ryzyka w celu wzbogacenia się powstrzymuje mnie:
Ja: Strach że wszystko stracę
On: Ja! (Tak to prawda, zawsze stara się wybić mi z głowy moje szalone pomysły)
Pytanie: Z gospodarowaniem pieniędzmi radzę sobie...? (Tu odsyłam do poprzedniego wpisu)
Ja: Tak sobie
On: Tak sobie
Pytanie: Czuję że pieniądze to ...?
Ja: środek do celu
On: ? (brak odpowiedzi)
Pytanie: Bogata kobieta robi na mnie wrażenie..?
Ja: Pewnej siebie
On: Zadufanej

Zwróćcie uwagę na ostatnie pytanie: po naszej rozmowie okazało się, że mamy podobną wizję tej bogatej kobiety, inaczej jednak nazwaliśmy te same cechy.
Ciekawe sąjeszcze dwa pierwsze pytania, a raczej odpowiedzi na nie: Ja zawsze wiedziałam że mogę liczyć tylko na siebie, nigdy nie wyobrażałam sobie być żoną przy bogatym mężu, ale okazuje się, że nawet mój partner stereotypowo pomyślał, że kobieta może być bogata gdy ma bogatego męża (lub jak coś odziedziczy).

Oczywiście mówiąc o bogactwie nie mam na myśli żadnej konkretnej kwoty która musi być zdeponowana na naszym koncie, chodzi o ten stan kiedy wiesz, że możesz żyć "normalnie", kiedy nie musisz zastanawiać się co kupić w sklepie, czy stać Cię na prezent dla dziecka bez okazji, czy kupno podręczników nie będzie dla Ciebie nadwyrężeniem budżetu. Bogata kobieta nie musi być tą, która od razu może pozwolić sobie na każdą ekstrawagancję lub nawet przedmiot codziennego użytku, czasem może czekać aż odłoży pieniądze. Ale może najważniejsze to mieć tą wolność, która pozwoli na oszczędzenie chociaż małej kwoty w miesiącu? A moze to tylko świadomość, że stać nas na spłatę kredytu?
Granicę bogactwa każda powinna wyznaczyć sobie sama.

Postaram się przy okazji zrecenzować Wam kilka książek o "grzecznych dziewczynkach" bo niektóre są fantastyczne, inne zaledwie średnie więc szkoda byłoby wydać pieniądze jeśli jesteście zainteresowane.

Zachęcam również do zrobienia testu o którym pisałam. Można się dużo o sobie dowiedzieć.

piątek, 1 listopada 2013

Bogata kobieta- kontrola wydatków październik.

Pomimo "godnych" zarobków nie byłam w  stanie oszczędzić wielu pieniędzy. Było to o tyle dziwne że nie kupowałam drogich rzeczy. Jeśli chodzi o ubrania to nie kręcą mnie metki i głownie wybieram coś na szybko w sieciówkach (mimo to i tak uważam że te ubrania nie są warte swojej regularnej ceny, no ale w czymś trzeba chodzić). Pierwszym krokiem do opanowania tego zjawiska tracenia pieniędzy była kontrola wydatków. Stworzyłam sobie w arkuszu kalkulacyjnym odpowiednią tabelę i każdego dnia wpisywałam do odpowiedniej kategorgii określoną wydaną sumę pieniędzy. Zakładałam, że w październiku wydaję "normalnie" tzn nie oszczędzam jeszcze tylko kupuję tak jak do tej pory (jednym słowem- niezorganizowanie).
Wyniki mnie poraziły i przeraziły, pieniądze, dosłownie cała wypłata przeciekły mi jak przez palce, najgorsze, że tak jak wspominałam nie kupiłam nic "trwałego" poza oczywiście kilkoma parami spodni dla córki.
A oto wyniki (nie wpisywałam kwot, ale udziały procentowe)

Pierwszy wykres pokazuje udział wydatków stałych: opłaty za mieszkanie (poza kredytem, który opłaca mąż), opłaty za przedszkole, za balet, migawkę, składki na dzień nauczyciela czy dentystę dziecka (ok, dwie ostatnie pozycje może nie są wydatkami stałymi, ale podobne zdarzają się często) oraz wydatków "pozostałych".
 
 Kolejny wykres ilustruje podział wydatków "pozostałych" czyli tych codziennych.
Największa grupa to oczywiście zakupy spożywcze, niestety muszę przyznać że te również nie są dobrze planowane i zdarza się, ze jedzenie się marnuje (muszę to przyznać z ogromnym bólem serca).
Kolejną co do wielkości pozycją są moje obiady w pracy. Nie mamy taniej zakładowej stołówki, z lenistwa zamawiamy katering, średnia cena obiadu to 16zł. Do tego wliczyłam to co wydaję podczas "wycieczek do automatu" na świństwa które pomagają przetrwać dzień.
Bardzo dużo wydałam też w tym miesiącu na ksiązki, gazety i zabawki. Nie były to zabawki akurat dla mojej córki, mieliśmy jednak dużo przedszkolnych urodzin i z tego powodu jest to trzecia co do wielkości pozycja.
Co do książek jednak muszę się przyznać, kupiłam sobie i córce kilka- to moja wielka słabość.
Później "odzież"- dla siebie nic konkretnego, ale jak wspominałam musiałam uzupełnić jesienną szafę mojego dziecka.
Kolor żółty na wykresie to wszelka chemia, detergenty jak i kosmetyki. Kolorowych było mało, ale chodzi też o płyny do kąpieli i pod prysznic, mydła czy pasty do zębów,
Wszelkie "inne" to ok 6,5%, tu były jakieś lekarstwa, taksówka czy paliwo dla męża za odwożenie do pracy (tak, nie mam prawa jazdy i też się tego wstydzę).
Największą niespodzianką były koszty utrzymania kota. Co prawda w październik wchodziłam z  zapasem mokrej karmy. Właściwie kupowałam więc żwirek (duże opakowanie co zawsze wychodzi taniej) jak i skorzystałam z promocyjnych opakowań ulubionego przez Afrę Royal Canin..



Podsumowując: kiepsko to wygląda, chaotyczne zakupy, kupowanie jedzenia w pracy (które już szczerze mówiąc mi zbrzydło, ale jestem zbyt leniwa żeby sobie coś naszykować), kupowanie książek które i tak muszą czekać długo na swoją kolei.
Listopad będzie inny. Jedzenie będę robiła sama, dopuszczam początkowo 1 raz w tyg zamówić katering, zakupy będę robiła sama i z listą, pisząc "sama" mam na myśli bez córki, która często prosi o książki, a ja skoro staram się jej wpoić miłość do czytania (na razie to ja jej czytam) bardzo szybko ulegam myśląc "ok 20-30 zł, nie zbiednieję, to tylko jeden raz - i tak za każdym razem).
Czyli listopad będzie kolejnym eksperymentalnym miesiącem. O wynikach napiszę w grudniu.
Oczywiście to nie są wszystkie domowe wydatki, nie wliczyłam tutaj tych za które płaci mąż- auto, kredyt oraz cześć zakupów spożywczych (tak, u nas zawsze walka o to kto idzie po zakupy (oby to drugie) lub udawanie głupa przy kasie w sklepie, ale jest to całkiem zabawne).
A Wy macie jakieś pomysły na kontrolowanie swoich pieniędzy?

czwartek, 24 października 2013

Urodziny

Dziś są moje 33 urodziny. Kolega z pracy z którym siedzimy w jednym pokoju życzył mi po naprawdę długim przemyśleniu, godnym raczej filozofa niż inżyniera (z doktoratem) żebym dalej miała tak dużo szczęścia jak do tej pory, bo z moim podejściem do życia będzie mi ono dalej potrzebne.
Na początku zupełnie zignorowałam opinię "tytana pracy" ze świetnym PR, bo w pracy nie mam wobec niego kompleksów ani nic do zarzucenia sobie jeśli chodzi o wykonywane obowiązki, ale później zaczęły mi te słowa dźwięczeć w głowie: czyżby on był jedną z wielu osób które uważają że mam szczęście (nie że zapracowałam) że mam TAKĄ pracę, TAKĄ pensję itd. Oczywiście praca jest dobra, pensja też, zwłaszcza jak na lokalne warunki, ale na pewno nie jest to poziom nieosiągalny lub poziom, który powinien być  czyimkolwiek szczytem marzeń (myślę, że jeśli chodzi o zarobki to nigdy nie ma szczytu).
W każdym razie pomyślałam sobie: "myśl o mnie co chcesz jesteś o 8 lat starszy, zobaczymy gdzie ja będę w Twoim wieku, bo póki co mimo twojego doświadczenia zawodowego i doktoratu tkwimy  w tym samym biurze, przy tych samych tematach (niestety to chyba sprawia że w dobie kryzysu coraz częściej przy osobach trzecich mówi rzeczy które mają obniżyć moją wiarygodność jako dobrego pracownika)".
Życzenia które sprawiły mi przykrość dały jednocześnie siłę do dalszego działania, w tym dalszego szukania nowych wyzwań (ok, przyznam się, że dopiero w zeszłym tygodniu wysłałam jedno CV).
Pozdrawiam
K.

niedziela, 13 października 2013

Kilka słów wstępu

Na początku witam wszystkich którzy odwiedzą mnie w moim małym wirtualnym świecie.
Kim jestem? ciężko powiedzieć, kiedy bawię się z córką jestem matką, kiedy jestem w pracy jestem pracownicą, projektantką (inżynierką), w nocy, w sypialni jestem... śpiochem, a tutaj, dziś stoję przed Wami jako początkująca blogerka (cokolwiek to słowo znaczy).
Blog ten kieruję głownie do kobiet (ale oczywiście będzie mi miło gościć i dyskutować również z mężczyznami) które szukają swojej drogi na krętych ścieżkach kariery, które pracy szukają lub chcą ją zmienić. Do kobiet, w których wciąż tkwi ta mała grzeczna dziewczynka której w głowie pobrzmiewa jak mantra "nie wypada", "nie dam rady".
Ten blog jest do wspólnej motywacji, nie do moich mentorkich popisów. Modnym osttanio "coachem" nie jestem, ale przepracowałam wiele lat zarówno z kobietami jak i mężczyznami, od wszystkich się wiele nauczyłam, ale przede wszystkim pamiętam swoją walkę z uległą "kobiecą naturą", która nie wiedzieć czemu nie pozwalała mi poprosić o należną podwyżkę, powiedzieć "nie, dziś nie mam czasu na zajęcie się..." ale również poprosić o pomoc.
Dziś mam dobrą pracę i godną płacę, na wszystko zapracowałam, a słyszę "ty to masz szczęście że masz taką fajną pracę". Czy fajna? Nie wiem, nie nazywam spełnianiem się ośmiogodzinnego siedzenia przed komputerem, ale wiem jedno- to nie kwestia szczęścia.
Ale doszłam do takiego momentu kiedy poszukuję czegoś więcej, czuję że przez długi czas będę stała w miejscu, dlatego stwierdziłam że i w moim życiu potrzebne są zawodowe zmiany.
Tak więc ja będę opisywała swoje doświadczenia a Was proszę o opisywanie swoich jeśli macie ochotę. Wspierajmy się nawzajem.
Jeżeli już tu zajrzeliście zostawcie po sobie jakiś znak w postaci komentarza, jeśli interesuje Was tematyka jaką chcę poruszać napiszcie o czym chcielibyście przeczytać.
Pozdrawiam.
K.