środa, 1 czerwca 2016

Dzień Dziecka

Choć piszę nieregularnie to staram się zawsze napisać coś z okazji Dnia Kobiet i Dnia Dziecka. jak zapewne wiecie pierwszy z tych ważnych dla mnie dni obchodzę nie jako drugie walentynki, ale jako dzień zadumy i wdzięczności, ot jak niektórzy patriotyczne święta.
Dzień Dziecka też był zawsze ważny, do dziś jestem przecież dzieckiem swoich rodziców i oni starają się mi pokazać, że jestem dla nich ważna, ale od 8,5 roku obchodzę ten dzień nie tylko jako córka, ale również matka swojej córki.

Mała Kasia imię ma po mnie. Kiedy ktoś pyta mnie czemu, odpowiadam w zależności od nastroju: "bo po tacie ma nazwisko", "bo to piękne imię", "bo imię ma się kojarzyć z kimś wyjątkowym, a ja tak siebie traktuję", "nikt nie pyta kiedy synowi nadaje się imię po ojcu".
Po mnie ma też niebieskie oczy, świetnie wyrobione stawy biodrowe, toteż pozycja pełnego lotosu nie jest nam straszna, miłość do książek, gdyż podobnie jak ja czyta nałogowo  i ostre poczucie humoru (jesteśmy rodzinną lożą szyderców). Z wyglądu podobna jest do P, po nim ma też "zdolności" ortograficzne niestety i mam nadzieję sprawność fizyczną.

Nie patrzę na nią przez różowe okulary, widzę jej wady i słabości a widać jak na dłoni, że sa one zwyczajnie efektem moich wcześniejszych nawet małych zaniedbań.
Kocham i akceptuję.
Nie biję.
 Czasem krzyczę i jest mi głupio.
Rozmawiam na każdy temat i odpowiadam na każde pytanie, a wierzcie mi, że padały zaskakujące i te naprawdę trudne.
Moja metoda wychowawcza? Myślę o tym jak sama byłam wychowywana, to co dobre, przenoszę na nasz grunt, to co złe robię zupełnie inaczej.
Moi kochani rodzice nie mogli rozpieszczać mnie prezentami, popełniali też dużo błędów, nie rozmawiali ze mną na "niektóre tematy", nie umieli, ale zakładali że jestem mądra i sobie poradzę. No cóż, poradziłam sobie, ale sama takich założeń robić nie będę. Ale rodzice dali mi coś wyjątkowego, coś co procentuje do dziś w moim życiu, otóż okazywali na każdym kroku swoją miłość i całkowitą akceptację, podkreślali, ze uważają mnie za mądra i samodzielną, nie tyle co we mnie wierzyli, oni WIEDZIELI.

Moi kochani rodzice dali mi niesamowite wsparcie przy wychowaniu Kasi, sa współautorami mojego wychowawczego (jak do tej pory) sukcesu. Bez nich nie dalibyśmy rady. Sa tak wspaniali, ze nieskromnie powiem, ze każdy znajomy nam tego luksusu zazdrości. Pamiętam jak rok temu odebrałam Kasię od rodziców, a na balkon wyszedł jeszcze mój tata i krzyknął "kochamy Cię córeczko, zawsze możesz na nas liczyć".
Kocham moich rodziców. Kocham swoje dziecko. Mam nadzieję, ze kiedy K zostanie matka to ja też będę mogła jej  pomagać w granicach jakie ona wyznaczy.

Ludzie myślą, ze nie lubię dzieci, owszem, większość mnie drażni, jestem złą ciotką, która nigdy nie bierze maluchów na ręce i prawie nigdy się nie bawi. Ja kocham dzieci, uważam że są świętością, że nie są naszą własnością, nie są też naszą emerytura i gwarancją tej przysłowiowej "szklanki z wodą" na starość. Można spróbować zarzucić mi hipokryzję, bowiem popieram prawo kobiet do aborcji, ale dla mnie jest różnica między  zarodkiem a 8 miesięcznym płodem  i dyskusja o tym kiedy zaczyna się życie nie ma sensu. Wartością nadrzędna jest prawo kobiety do świadomego decydowania o swojej płodności i rodzinie, chciałabym żeby każde dziecko sprowadzane na ten świat było nie tyle planowane, ale chciane. Przede wszystkim do tego każde dziecko ma prawo.

Wszystkiego najlepszego :-)

sobota, 14 maja 2016

Słodko gorzkie smaczki mojej drogi zawodowej

Pisałam tu już pewnie parę razy o tym, że chce zmienić pracę. Chciałam ale nic nie robiłam, nie wysłałam ani jednego cv. Nie chciałam zmienić pracy z powodu złych zarobków czy złej atmosfery, chciałam to zrobić ponieważ było mi już tu bardzo dobrze, ale czułam że stoję w miejscu, tkwiłam w bezpieczny miejscu, pensja była zawsze na czas, nikt nie kontrolował tego ile czasu spędzam na kawie (w ten sposób fundują mi mega droga kawę), ale z każdym dniem coraz bardziej się wypalałam. Do tego doszło zagrożenie że w przyszłości możemy nie mieć projektów, a jestem pewna że bez nich  nikt nie będzie utrzymywał. Tak więc czas powoli szukać czegoś nowego. Boję się, że może się to wiązać z niższą pensją, ale jeśli będę robiła coś naprawdę ciekawego, mogę się zgodzić na gorsze warunki. Skoro jestem już nastawiona na zmiany w życiu zawodowym, to pomyślałam, ze podsumuję moja ścieżkę zawodową. Trochę z humorem :-)


Pierwsza praca po studiach za psie pieniądze
Moja pierwsza praca to praca w jednym z wielu centrów usług wspólnych - tutaj była to księgowość dla bardzo dużej firmy. Nie byłam jednak księgową, na ten awans trzeba było albo zapracować, albo mieć odpowiednie  wykształcenie i znać biegle języki obce. Ja pracowałam w dziale najniższym w hierarchii, czyli przygotowywaliśmy faktury dla księgowych i segregowaliśmy pocztę. Dodam, że zatrudniana byłam przez agencję pracy tymczasowej i podpisywałam umowę co 2 tygodnie. Pensja była tragiczna, ale w sumie wtedy mieszkałam jeszcze z rodzicami i na moje wydatki starczało. Z wieloma nadgodzinami może zarobiłam z 900zł, wtedy skakałam z radości:-) Pamiętam, że dziewczyny które pracowały ze mną liczyły na awans do księgowości, bo tam były trzy stówki brutto więcej, tak wiec też bez szału.

Pracowałam z samymi dziewczynami
Są kobiety które nie lubią pracy z innymi kobietami a wolą z mężczyznami. Ja mam porównanie i szczerze mówiąc jest mi obojętnie, jak ze wszystkim są plusy i minusy. Z kobietami bywało nerwowo, ale siedziałyśmy w kilka w małym pokoju więc naturalne były spięcia. Było też wesoło, czasem tez wulgarnie, w tym nie ustępowałyśmy facetom:-)
 Jedna z dziewczyn ciągle puszczała głośne bąki, to było obleśne, ale z drugiej strony lubiłam to że w swoim towarzystwie nie musiałyśmy się spinać.

Jak można było poznać osobę na wyższym stanowisku?
W firmie nie było obowiązującego dress codu, nie spotykaliśmy się z klientami, więc każdy wyglądał "normalnie". Wyższa kadra zawsze w marynareczkach, garsonkach, żakietach itd. Więc kiedy po pracy miałam umówioną rozmowę kwalifikacyjną i przychodziłam elegancko ubrana tylko wtedy ktoś mówił do mnie "dzień dobry", w innej sytuacji każdy miał każdego w dupie.

Ciągle szukałam lepszej pracy
Wiedziałam, że ta praca nie jest dla mnie. Po dwóch latach może zostałabym księgową "przez zasiedzenie", ale umówimy się, nie były to wyżyny inżynierii finansowej. Skończyłam kierunek techniczny i chciałam pracować w zawodzie. Wiedziałam że nie mam doświadczenia, wiec obrałam sobie cel: dostać się do jakiejkolwiek firmy technicznej na jakiekolwiek stanowisko, a potem awansować - coś w stylu od asystentki do dyrektorki. W końcu udało się w firmie w której obecnie pracuję.

Od asystentki do projektanta
Aplikowałam na stanowisko asystenta/tki kierownika projektu ds. dokumentacji. Takie stanowiska stworzyli dwa, z tym że tylko ja byłam zwolniona z obsługiwania sekretariatu, robienia kaw na spotkania itd. czemu? Bo byłam absolwentką Politechniki. Głupio się czułam z tego powodu bo koleżanki uważały to za niesprawiedliwość. może i słusznie. Później szybko przeniesiono mnie na stanowisko projektanta i kazano robić mega trudne rzeczy, powiem szczerze że wtedy mnie to przerastało. Nie miałam za bardzo wsparcie, byłam "asystentem projektanta" tylko nie wiedziałam którego. To był ciężki dla mnie czas, na szczęście minął i potem było lepiej. Później awansowałam na projektanta, samodzielnego projektanta, a dziś jestem "lead engineer- systems". Tylko że mimo tych awansów robię od 10 lat to samo, zmieniają się tylko projekty.

Praca z mężczyznami
Myślę, ze ogólnie się lubimy, musicie wiedzieć, że ja jestem bardzo pogodną osobą i jestem zawsze uśmiechnięta, moje żarty na granicy dobrego smaku niektórych szokują, czasem się kłócimy, bo każdy już zna moje feministyczne poglądy, ale dogadujemy się. Tylko że koledzy poza byciem miłymi prawie nigdy mi w niczym nie pomogli, W pewnym momencie mojej pracy moją "mentorką" stała się kobieta - specjalistka, która pracowała z nami, mimo iż była już na emeryturze, to dzięki niej jestem tu gdzie jestem i wiem to co wiem. Motywowała mnie, poprawiała i kiedy mogła, uczyła. Wiele jej zawdzięczam. Nikomu innemu nie zawdzięczam choćby 10% tego co jej. 
Koledzy jeśli szłam do nich z konkretnym pytaniem albo odsyłali do standardów, norm, procedur czy po prostu zbywali "jak możesz tego nie wiedzieć?" Sami jednak pytali o takie błahe rzeczy jak wzór kwasu solnego- no sorry, to jest zakres szkoły podstawowej.
W tym momencie mogę porównać pracę z kobietami i mężczyznami- jeśli wydaje się komuś że pracując z kobietami trzeba się ciągle porównywać, rywalizować itd powiem tak: nigdy mnie to nie spotkało, natomiast jeśli jesteś kobietą a pracujesz w męskim środowisku to dla nich nie jesteś rywalem, musisz jednak udowadniać im że zasługujesz na swoje miejsce w ich zespole. wytkną Ci każdy brak, ale ich podstawowe braki ich nie krępują.

Pani Kasiu, Panie inżynierze
Koledzy kolegami, ale na spotkaniach z dostawcami, klientami, te "obce' osoby zwracały się do mnie per "Pani Kasiu" a do kolegów "Panie inżynierze". Nie wkurzałoby was to? To nie jest moje przewrażliwienie, bo przeżyłabym "Pani Katarzyno" jeśli do kolegów też mówiono by "Panie Adamie, Stanisławie" itd. Ale nikt nie mówił "Panie Adasiu", "Panie Stasiu". Poza tym czemu nie mówią do mnie "Pani inżynier?" czy mój tytuł jest gorszy od innych? Myślę, że zostanie to dla mnie nierozwiązaną zagadką.

Trochę się boję 
Bardzo potrzebuję zmiany, muszę wyjść ze swojej strefy komfortu, bo tylko poza nią jest rozwój, a ja od lat stoję w miejscu, zmienia się tylko oficjalne stanowisko i kwota na umowie, która jeszcze bardziej przywiązuje mnie do tego miejsca. Jestem niewolnikiem swojej wygody.
W tym roku po raz pierwszy dostałam obniżona podwyżkę inflacyjną. Powód "bo cały rok dobrze się bawiłam". Rok w którym pracowałam bardzo ciężko, w którym prowadziłam dwa bardzo trudne tematy i niestety czasem się nie wyrabiałam, ale w porównaniu do poprzednich lat zrobiłam kawał dobrej roboty, został najgorzej oceniony. To znak że czas się zwijać. Najgorsze jest że czasem widzę przerażenie w oczach mojej rodziny kiedy mówię o zmianie, boją się, że nie znajdę nic równie dobrego. Tylko ze ta praca i tak się kończy i czekanie na to aż mnie zwolnią z powodu braku projektów (może  za kilka miesięcy, może za rok) to tylko starta czasu. także trzymajcie za mnie kciuki.

Buziaki
Kasia

wtorek, 3 maja 2016

Hybrydy i wpadki kosmetyczne

Kilka tygodni temu zostałam właścicielka zestawu startowego Semilac. Oczywiście wmawiałam sobie, że hybrydowe paznokcie będą dla mnie wybawieniem, bowiem zwykły lakier bardzo szybko mi odpryskiwał i zdarzało się, że w pracy moje dłonie wyglądały tak strasznie, ze wstydziłam się podać dłoń na przywitanie. Przekonywałam więc sama siebie, ze ten zakup jest niezbędny, że zwróci mi się szybko, bo przecież przed ważnymi okazjami takimi jak wesela czy bale chodziłam do kosmetyczki "na paznokcie". W rzeczywistości jednak stałam się ofiarą świetnej akcji marketingowej tej marki, która sprzedawała nie tylko produkt, ale tez styl życia. Nienaganny styl życia eleganckiej kobiety.


Niestety muszę przyznać, że był to niepotrzebny zakup. Po pierwsze czas nałożenia hybryd jest tak długi, że spokojnie mogłabym lakierować paznokcie klasycznymi lakierami co drugi dzień. Po drugie wcale nie wytrzymują u mnie całego tygodnia i schodzą mi z paznokci płatami. Wiem, możliwe że robię coś nie tak, ale oglądałam wiele filmów instruktażowych i nie znalazłam jakiś szczególnych błędów. Natomiast w  pracy odszedł mi lakier z obu kciuków, obciach większy niż odpryski. Nie byłam elegancka panią.
Nie czuje się jednak oszukana, nadal bardziej wierzę blogom i vlogom niż telewizji, to co sprawdza się u innych nie koniecznie musi u mnie, poza tym bardziej chodzi mi o to, że powinnam się zastanowić "czy ja na pewno tego potrzebuję?". Dziś mogę odpowiedzieć: nie potrzebowałam zestawu do robienia paznokci hybrydowych, ale już go mam, więc póki co ozywam, może to kwestia wprawy. 

Skoro jestem już w temacie kosmetycznych pomyłek to opowiem o ostatniej: poszłam na złuszczanie kwasami do kosmetyczki. paliło mnie strasznie, bałam się, że skóra będzie odchodziła mi płatami. niestety nie ma żadnego łuszczenia, wysypało mnie tylko podskórnie, więc wyglądam gorzej niż na początku. Biorąc pod uwagę te kwasy i paznokcie muszę powiedzieć, że kwiecień nie był miesiącem udanych inwestycji.

Za to maj rozpoczął się świetnie. Cieszę się, że nie skusiło mnie na nową fryzjerkę, która pracuje z kosmetyczką która zrobiła mi te bezowocne kwasy. Chciałam już zrezygnować z blondu, ale jak widzę fryzjerkę z jeszcze większymi odrostami niż moje, z przetłuszczonymi włosami zwiniętymi w koka na czubku głowy, która ze znużeniem proponuje mi prawie czarna farbę przy czym zaznacza, że ta farba wypłucze się z tej jasnej części (czyli po 2 tygodniach odrost byłby czarny, reszta włosów - kolor zagadka) to po prostu mi się odwidziało. 
Jako klientka marnotrawna wróciłam wiec do swojej fryzjerki. Ta wybiła mi z głowy tak nagły powrót do naturalnych włosów, w końcu sama zrobiła ze mnie blondynkę więc wie ile się przy tym napracowałyśmy, zaproponowała więc koloryzację 3D i tak dobrała kolory, żeby potem odrost wyglądał naturalnie. Wygląda to super i w końcu czuję się jak JA w ciemniejszych włosach. 

Buziaki
Kasia 

czwartek, 14 kwietnia 2016

o prawo do aborcji

W tym gorącym okresie znalazłam w swojej bibliotece jakże aktualną książkę. "o prawo do aborcji" to zapis przemówienia francuskiej minister zdrowia Simone Veil  przedstawiającego projekt ustawy o dopuszczalności przerywania ciąży na życzenie kobiety. Miało to miejsce  w listopadzie 1974 roku.
40 lat temu członkowie Zgromadzenia Narodowego Francji podjęli się próby dyskusji nad tą trudnym tematem, ponieważ była to kwestia ochrony godności francuskich kobiet,  które zmuszone sytuacją życiową coraz częściej przerywały ciąże w tzw podziemiu aborcyjnym ryzykując utratę zdrowia lub życia. Przebieg tego poruszającego przemówienia świetnie oddała Magdalena Środa,  której fragment recenzji pozwolę sobie w tym momencie zacytować:
"Trzeba zobaczyć tę niewielką kobietę, pozbawioną całkowicie agresji, modulująca głos w bardzo spokojny, choć stanowczy sposób, gdy stawia czoła kilkuset mężczyznom patrzącym na nią początkowo z pogardą lub wyraźnym lekceważeniem; potem wściekłym, agresywnym, grubiańskim. "Awantura" jaką rozpętała Veil (bo trudno by było to nazwać parlamentarna debatą), trwała wiele godzin i skończyła się sukcesem. Sukcesem, który zmienił kondycję egzystencjalną kobiet".
40 lat temu konserwatywni politycy otworzyli się na racjonalne argumenty, i obiektywnie ocenili trudną sytuację kobiet i na przekór swoim  osobistym poglądom zdecydowali pozwolić kobietom, swoim współobywatelkom, żonom, siostrom i córkom decydować w zgodzie z własnym sumieniem i podejmować samodzielnie trudna decyzję o przerwaniu ciąży Skończono tym samym z narodową hipokryzją i przyznano się do faktu, że aborcja istnieje i zbiera śmiertelne żniwo wśród kobiet.

Dziś przyszedł dzień, kiedy stajemy w obronie ustawy która przez lata nazywana była kompromisem. Kompromisem, którego w żaden sposób nie można było naruszyć. Okazało się jednak, ze wszyscy zostaliśmy oszukani, nie przez organizacje pro-life które w demokratycznym kraju moga domagac się zmiany przepisów, ale zostaliśmy oszukani przez polityków. Znowu.

Ale niech obecne wydarzenia będą przestrogą dla tych, którzy mówią, że kobiety mają prawa róqwnę męskim, a nawet przecież większe. Drodzy Państwo: przecież właśnie kobietom odbiera się podstawowe prawa człowieka.

Ale jak kobiety mogą domagać się tych praw skoro właśnie zostały odczłowieczone. Została inkubatorem, taka jest jej rola, całe jej człowieczeństwo przeszło na zarodek i płód. Powtarzam: zarodek i płód bo to są prawidłowe określenia i jestem pewna że w opisach medycznych używają ich również lekarze podpisujący tzw klauzulę sumienia.

To zadziwiające, że mężczyźni żądają prawa do posiadania broni palnej, chcą mieć możliwość obrony siebie i swojej rodziny przed napastnikiem, który chce naruszyć ich mienie materialne, zagraża ich życiu lub zdrowiu. Prawo do samoobrony jest przecież naturalne. Dlaczego więc kobietom prawa chce się odmówić? Czemu mają umierać powijając dziecko, które od razu osieroca, osieroca też pozostałe dzieci, pozostawią ukochanego męża czy rodziców.
Czemu wymaga się od nich bohaterstwa wychowywania bardzo chorego dziecka, jeśli jednocześnie nie wymaga się tego od ojców? Mam nadzieję że projekt zmian do ustawy przewiduje zakaz spierdalania ojca z życia bardzo chorego dziecka? Kto pomoże finansowo takiej rodzinie, bo ich wydatki aby zapewnić minimum godnego życia przekraczają możliwości finansowe rodziny, zwłaszcza, ze jeden z rodziców (głownie matka) musi zrezygnować z pracy.
Co z dziećmi poczętymi a następnie urodzonymi w wyniku gwałtu? kto będzie je utrzymywał? matka? czy Państwo będzie płaciło alimenty za gwałciciela? czy gwałciciel będzie mógł domagać się praw wobec dziecka? Co z odpowiedzialnością Państwa i organizacji pro-life za 9 miesięczny gwałt na kobiecym ciele?


Czy kobiety będą odpowiadały za poronienie? Miła byc druga Japonia, irlandia, a będzie drugio Salwador.  Czy dochodzenie wykaże  czy kobieta nie pracowała zbyt ciężko przyczyniając się do poronienia? Ale jak miałaby nie pracować skoro nie pójdzie na zwolnienie lekarskie, bowiem ciąża to nie choroba?

Właśnie widzimy jaki niski jest status kobiety w polskim społeczeństwie, status "głupiej gęsi" za która trzeba podejmować fundamentalne decyzje. Ja się na to nie zgadzam, za mnie nikt nie musi myśleć, ani mąż, ani Kościół ani politycy.

Kościół ma jednak prawo nauczać wewnętrznie ze aborcja jest grzechem, byłoby dziwne gdyby tego nie robił, nie możemy jednak godzić się na to, aby Kościół wywierał presję na polityków, a oni na nas, obywateli. Polityków jakich mamy wiemy, obecna ordynacja pozwala na wejście do sejmu byle durnia ciągniętego przez lidera z wiodącej listy. Nie możemy oddać swojej godności, zdrowia i życia w ręce tych idiotów.

Jestem buddystką, życie każdej istoty jest mi drogie. Gdybym miała opisać buddyzm jednym słowem byłoby to "współczucie". Ale współczucie zawsze musi być równoważone mądrością. W tym przypadku moje współczucie kieruję wiec mądrze ku kobietom, które stają przed nie łatwą przecież dla nikogo decyzją. Oskarżanie ich o to, że bez emocji chcą się po prostu wyskrobać jest płytkie, i niedojrzałe. Ta decyzja zawsze jest trudna i niezależnie od wyboru kobiety bo głownie one będą do końca życia ponosiły jej konsekwencje. Ale prawo tego wyboru musi być zachowane.


W niedzielę wybieram się na ogólnopolski marsz protestu kobiet polskich przeciw proponowanym zmianom w ustawie aborcyjnej, który odbędzie się akurat w Łodzi.. Bo mój głos ma znaczenie, bo mówię głośno, ze się nie zgadzam, jestem człowiekiem, nie inkubatorem!